Arkadiusz Jakubik

Mam przekonanie i nadzieję, że ludzie wierzący nie odbiorą tego filmu jako wymierzonego przeciwko nim. Gdyby było inaczej, pewnie miałbym problem ze swoją rolą i całą historią. Jestem facetem, który wychował się w bardzo katolickiej rodzinie. Moja mama jest osobą głęboko wierzącą i praktykującą. To raczej film o pewnej instytucji, która zgubiła kompas moralny i zapomniała do czego tak naprawdę została stworzona – mówi Arkadiusz Jakubik. Do kin wchodzi właśnie Kler Wojciecha Smarzowskiego, w którym zagrał jedną z trzech głównych ról, księdza Kukułę.

 

Tekst: Maciej Wesołowski
Zdjęcia: Michał Zagórny

 

Po Wołyniu mówiłeś, że ten film „odchorowałeś”. Czemu swoją drogą trudno się dziwić, sam odchorowałem jako widz. Z Klerem jest podobnie?
Każdy film, w którym gram, mniej lub bardziej odchorowuję. Nie ma wyjątków. Inna sprawa, że w jakiś dziwny sposób przyciągam akurat takie role i tematy, które sporo mnie kosztują emocjonalnie. Tak jest i z Klerem. Byłem tak bardzo zmęczony i wyjałowiony tą pracą, że potrzebowałem porządnego resetu. Zdjęcia skończyłem w listopadzie ubiegłego roku i od tego czasu zrobiłem sobie wolne od aktorstwa. Uciekłem w muzykę. W tym czasie nagrałem swoją solową płytę Szatan na Kabatach (miała premierę w kwietniu), równolegle koncertuję z tym projektem i z moim Dr Misio. I to mnie odstresowuje. Nigdy w życiu nie byłem u psychologa i raczej się tam nie wybieram, ale tak myślę sobie, że granie to dla mnie rodzaj takiej psychoanalitycznej kanapki. Coś, co oczyszcza głowę.

Czy ta emocjonalność w podejściu do zawodu wynika z tego, że pracujesz niemalże metodą Stanisławskiego – na długo przed wejściem na plan „stajesz się” postacią, którą masz zagrać, a potem trudno ci się od niej uwolnić?
Dla mnie nie ma innej metody. I bardzo zazdroszczę niektórym moim koleżankom i kolegom po fachu, że potrafią to robić inaczej. Często obserwuję na planie takie sceny: ktoś rozmawia przez telefon, w coś tam gra na komórce, siedzi na fejsie, po czym słyszy: „Uwaga, proszę na plan” i po chwili jest już kimś innym przed kamerą. Ot, tak. Jeszcze ostatnie słowo do telefonu i jedziemy. W ułamku sekundy przepoczwarza się w kogoś, z kim na co dzień nie ma nic wspólnego. Ja tak nie potrafię. Przez cały dzień na planie myślę tylko o tym, co mam zagrać, jak mam zagrać, skupiam się, zamykam w sobie, denerwuję. Obsesyjnie myślę o swojej roli, o tym, jak rozwija się w filmowej historii. Boję się, że jak choć przez chwilę będę rozproszony, to wszystko mi się posypie. I chcę podkreślić, że mówię to bez cienia złośliwości. Żeby ktoś nie pomyślał, że dzięki temu jestem od kogoś lepszy czy bardziej profesjonalny. Nie, nic z tych rzeczy. Mam po prostu taką konstrukcję psychiczną. Myślę, że przez to niektórzy uważają mnie za dziwaka. No, bo jeśli wszyscy wokół na planie zachowują się normalnie, siedzą w barobusie, popijają kawę, popalają papierosy, a tylko ja siedzę w kącie i się spinam, albo łażę gdzieś opłotkami, uciekam od ludzi i gadam sam do siebie, to dla wielu może wydać się to co najmniej dziwne.

Zawsze tak miałeś?
Chyba tak. Ze szkoły Stanisławskiego zaczerpnąłem potrzebę nieustannego budowania monologu wewnętrznego mojego bohatera. Dla mnie to punkt wyjścia do tworzenia roli i pracy nad nią. Muszę sobie ten monolog napakować do głowy, by potem sama głowa zaczęła żyć emocjami mojej postaci, jej historią. Muszę doprowadzić do tego, by w momencie wejścia na plan zniknął Jakubik – aktor, a był już na nim ksiądz Andrzej Kukuła z Kleru. Wtedy dopiero reszta ciała zaczyna pracować na tę postać. Na kogoś, kto już nie jest tym codziennym Jakubikiem. Nie muszę sobie wtedy wymyślać, że moja postać ma jakiś wyjątkowy sposób chodzenia, gestykulacji czy wymowy. To już się dzieje naturalnie. Ale też konsekwencją tego wchodzenia w czyjeś buty jest później konieczność odreagowania, o której mówiłem.

 

 

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
7 − 2 =


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.