Grzegorz Nowak

Polska Opera Królewska, królewski dyrygent i Moniuszko to trio gwarantujące wysoki poziom artystycznych uniesień. O pracy m.in. nad nową inscenizacją Strasznego dworu w Polskiej Operze Królewskiej rozmawiam z Grzegorzem Nowakiem.

TEKST: BEATA BRZESKA

Czy pamięta pan prezent, jaki dostał od prezydenta Kennedy`ego?
Oczywiście. Dostałem nawet dwa: małe radyjko, które mam do dzisiaj, i kamerę fotograficzną z lampą błyskową. To było na tournée chóru Stuligrosza w Stanach Zjednoczonych, miałem wtedy jedenaście lat.

Ale filmowcem pan nie został.
O nie, od dziecka wiedziałem, że będę muzykiem.

Długo jednak nie mógł pan zdecydować, jakim…
Najpierw myślałem, że będę organistą jak mój tata. To był dla mnie ten wielki świat. Potem poszedłem do przedszkola muzycznego i tam dali mi skrzypce. No to grałem na nich. Ale kiedy zobaczyłem orkiestrę, to pomyślałem, że fajnie jest być dyrygentem.
Bo orkiestra była jeszcze bogatsza niż wielkie organy czy, tym bardziej, skrzypce.

I z tego niezdecydowania wyrósł Grzegorz, Rafał i Maria Nowak. Trzeba przyznać sprytny fortel.
Idąc na studia nie byłem zdecydowany, w jakim kierunku chcę się rozwijać. Ponieważ nie można było studiować trzech kierunków jednocześnie, zapisałem się na skrzypce, dyrygenturę i kompozycję jako trzy różne osoby: Grzegorz, Rafał i Maria (to są moje
imiona). Dostałem się na wszystkie trzy. I wszystkie skończyłem, chociaż profesorowie przekonywali mnie, że to się nie uda.

Studia się skończyły, a decyzji nadal nie było?
Już na studiach zacząłem pracować jako koncertmistrz w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. To było fantastyczne. Wydawało się, że to będzie moja zawodowa przyszłość.

To skąd ta dyrygentura? Dlaczego to Maria pozostał w zawodzie?
A to bardzo ciekawa historia. Już na pierwszym roku studiów poznałem Jurka Satanowskiego, kompozytora muzyki teatralnej, który często współpracował z bardzo cenionym reżyserem, Maciejem Prusem. To były czasy reformy administracyjnej, powstały nowe województwa i gospodarze województwa słupskiego zwrócili się do Macieja z pytaniem, czy nie zrobiłby u nich operetki. Maciej odpowiedział, że bardzo chętnie.
Dopiero później okazało się, że nie chodzi o wyreżyserowanie Operetki Gombrowicza, jak myślał Prus, tylko o założenie teatru muzycznego. – Grzegorz, pomóż nam – mówi Jurek – wstyd się przyznać do pomyłki, trzeba się z tego jakoś wykręcić. Pojechaliśmy do Słupska, gdzie zaprezentowałem władzom koncept artystyczny, którego, jak sądziliśmy, lokalne władze nie mogłyby zrealizować, nawet gdyby chciały. Powiedziałem, że w niedużym mieście nie mógłby działać pełnoetatowy teatr muzyczny, bo nie byłoby widowni, więc, tak jak w małych miastach niemieckich, jedynym sensownym rozwiązaniem byłoby stworzyć Centrum kultury z orkiestrą symfoniczną, teatrem dramatycznym, operowym, musicalowym i czasami być może także operetką. Ku naszemu zdziwieniu spodobało się.
Wykręcaliśmy się, że aby zebrać dobry zespół musielibyśmy ściągnąć do Słupska znakomitych muzyków orkiestrowych, śpiewaków i aktorów, a tego nie można zrobić bez dużych pieniędzy i bez mieszkań. Nie udało się, dostaliśmy mieszkania, pieniądze i wolną
rękę. Maciej zdecydował, że nie ma wyjścia, musimy ten projekt zrealizować. Założyliśmy orkiestrę, teatr i operę. Maciej Prus wyreżyserował Operetkę, Jurek Satanowski napisał muzykę, a ja zmieniłem zawód z koncertmistrza na dyrygenta – najmłodszego w Polsce
szefa zawodowej orkiestry.

 

 

0.00 średnia ocena / 0 głosów

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
10 + 6 =