Jadwiga Staniszkis

Lubi kobiety, w których dostrzega autentyczną siłę przetrwania: Korę, Dodę, Kulig, Kuleszę. – Nie żadną Jandę, bo ta za bardzo się wymyśla – mówi prof. Jadwiga Staniszkis. W tej rozmowie dostanie się też mężczyznom – Sipowicz i Nergal bez szans. Ale jest jeden taki, któremu dałaby się zaprosić na kolację, gotowa dla niego nawet jak ostatni lump kląć.

 

Tekst: Hanna Halek
Zdjęcia: Radek Polak

 

Gdzie Pani zdaniem najsilniej w kobiecie umocowana jest kobiecość?
Na pewno w tym, jaki się ma stosunek do samej siebie. I widzę, że ta kobiecość umacnia się, kiedy nie jest się już ani zbyt ładnym, ani zbyt młodym. Może dlatego, by życie było jeszcze bardziej paradoksalne, niż jest? Kobiecość widzę przede wszystkim w pewności siebie, poczuciu własnej wartości, sile przetrwania, niezależności.

Sądzi Pani, że mężczyźni to lubią?
Mężczyźni nie przepadają za zbyt silnymi kobietami, ale jeszcze bardziej nie lubią bluszczy, bo czują, że to źle rokuje na przyszłość. Myślę, że w kobiecości chodzi też o uważne wyczucie sytuacji jako pewnej formy, np. w relacjach męsko-damskich, w których zawsze jest trochę gry. Czyli o złapanie tego momentu. Ale też oczywiście o nieprzewidywalność.

Chodzi na przykład o flirt?
Tak, to też jest ten rodzaj sytuacji, kiedy coś się zmienia, np. spojrzenie mężczyzny, i dobrze jest to zauważyć w porę. W jakimś sensie najpiękniejsze są flirty, które z góry nie mają przyszłości. Kiedyś w Waszyngtonie, dawno, jeszcze przed Solidarnością, weszłam w tłum demonstracji przed Kongresem i tam pojawił się jakiś rodzaj flirtu z młodym Amerykaninem, intensywny moment między nami. I jednodniowy romans. Nie wymieniliśmy się adresami, bo wtedy nie miało to mieć żadnej kontynuacji. Ale gdy zaczął się stan wojenny, ten człowiek z tłumu uruchomił – a dowiedziałam się o tym wiele miesięcy później – wszystkie możliwości, od Departamentu Stanu po Ambasadę Amerykańską, żeby mi pomóc. Wszędzie wysyłał pisma, że żąda wydobycia mnie z tego – jak uważał – piekła.

Przyjemne, prawda?
Tak, tym bardziej że był to rzadki wypadek, kiedy ktoś poczuł się odpowiedzialny za mnie, mimo że była to sytuacja bez przyszłości. Inny flirt, szczęśliwie zupełnie bez konsekwencji, zadział się, gdy siedziałam w 1968 roku w więzieniu i z nudów nauczyłam się pisać na palcach i spuszczać na nitce grypsy. Zainteresował się mną pewien człowiek z grupy kryminalistów pracujących na dachu, na wprost okna mojej celi, odbywający karę za pobicie milicjanta. Pisał do mnie listy, w których zwracał się do mnie Mój kfiatuszku. A że przechodziły one przez cenzurę, więc myślę, że śledczy musiał być zdumiony. Ten kryminalista zainteresował się mną na tyle, że poprzez swoich kolegów z administracji poznał mój adres domowy. I kiedy po siedmiu miesiącach wyszłam na wolność, nagle mnie odwiedził. Był jednak takim typowym żulem, a mnie lumpiarstwo bardzo odrzuca. Poza tym przyszedł jak do siebie, od razu noga w drzwi. Zdołałam go jednak jakoś wyrzucić.

A gdy w tym więzieniu malowała Pani rzęsy popiołem i smalcem, komu chciała się Pani podobać?
Malowałam je tylko wtedy, gdy jechałam na sprawę sądową, bo mój były już wtedy mąż wystąpił o odebranie mi opieki nad naszą córką, która mieszkała u mojej mamy. Argument? Otaczam się Żydami. Oczywiście przegrał, tym bardziej że sędziną była żona Minca (śmiech), która Marka (Marek Lewicki, pierwszy mąż – przyp. red.) strasznie przemaglowała. On mógł mi mieć też za złe nasz rozwód, ponieważ w sądzie oświadczyłam, że chcę się rozwieść, bo przestałam szanować męża. To był 1966 rok i po niemal 50 latach myślę, że może za dużo od niego wymagałam, że być może sama byłam zbyt aktywna: miałam dziecko, kończyłam studia, robiłam wszystko naraz. Musiałam być po prostu w tej swojej efektywności okropnie męcząca. Wtedy w więzieniu też taka byłam, w celi pisałam doktorat. A ten tusz ze smalcu i popiołu robiłam, bo uznałam, że gdy się ładnie wygląda, to człowiek ma więcej pewności siebie. Uważam, że dla kobiety dobry wygląd, kapelusz z rondem, szminka, okulary są rodzajem tarczy, szczególnie gdy się jest już starszą. Zawsze bardzo przywiązywałam do tego wagę.

A teraz?
No, wie Pani, teraz to ja mam moją szminkę (śmiech). Dzięki niej czuję się jak kot z Alicji w Krainie Czarów, który na sam koniec, powoli znikając w powietrzu, pozostawia tylko swój uśmiech. Widzi pani, ja piszę i mówię rzeczy dość skomplikowane, a poza tym sama z siebie jestem dość rozdwojona, bo wiem, że łatwa jednoznaczność nie istnieje. W tym samym czasie zdaję sobie sprawę, że formy polityczne czy wywiady wymagają określenia się. I ja się tą szminką określam. To jest po prostu próba bycia podwójnie – zarówno w tej formie jednoznacznej na potrzeby aktywistki, jak i kogoś, kto wie, jaki skomplikowany jest świat. Wiem, że to nie budzi zaufania. Na ogół jestem zaczepiana na ulicy czy w tramwaju z jakimś pozytywnym przekazem. Parę razy jedynie miałam ostre werbalne ataki agresji i bluzgi. Różnie to bywa z reakcjami ludzi, ale na sam koniec wszystkich ich i tak łączy jedno – zawsze pamiętają moją szminkę. Te rozpływające się czerwone usta, które noszę od czasów przedmaturalnych, kiedy to w Anglii, jadąc na rowerze, miałam wypadek – wpadłam na szybę, doznałam wstrząsu mózgu i rozcięłam sobie skórę na twarzy. Byłam przerażona nie tylko tym wstrząsem, ale i tym, że nie spodobam się marynarzowi, z którym miałam się spotkać. Żeby odwrócić więc jego uwagę od blizny, mocno pomalowałam usta. Dziś te usta są moim logo.

A Pani co zapamiętuje z ludzi?
Ja nie jestem zbyt wrażliwa na innych ludzi, jestem niezbyt na nich uważna. Czasem dopiero później, rekonstruując jakieś spotkanie, odkrywam, co ten ktoś mógł myśleć. W bezpośrednich relacjach stosuję pewien rodzaj monologowania i nie do końca zdaję sobie sprawę, jak inni mnie widzą. Sądzę, że jest to na pewno rodzaj obojętności wynikającej z faktu, że wiem, iż ludzie są tylko towarzyszami mojej życiowej podróży, nikim więcej. Potem idzie się dalej i równie dobrze można iść samemu, zastanawiając się od czasu do czasu, a nawet czyniąc próby przerzucania się z czerwonych ust na róż. W różu nie czuję się dobrze, ale z kolei się starzeję, więc jak z godnością się zmieniać? A może to wcale nie jest dobry pomysł, bo wtedy w ogóle zniknę ludziom z pamięci? (śmiech)

Chce Pani powiedzieć, że stała się Pani zakładnikiem czerwonej szminki?
Nie aż tak. Nie jestem zakładnikiem niczego, bo na niczym, poza dobrym imieniem, tak naprawdę mi nie zależy. Ale też potrafię sama doskonale obniżać i podwyższać swój status i być niczym piłeczka na gumce albo jo-jo. Ćwiczę się w tym, ile razy się da. Mam wprawę. Nie jestem więc nikomu podległa. Znam cenę mojej niezależności, bo wielokrotnie ją płaciłam, i wiem, że jeszcze mnie na nią stać. Jeśli marzę, to o rzeczach, które są trudne, ale realistyczne. Gdy będę już w pełni na emeryturze, to na przykład zrobię to, co zawsze chciałam: przewędruję przez te małe miasteczka na Dolnym Śląsku, przez które wiele razy przejeżdżałam, ale nigdy nie miałam czasu, żeby tam pobyć. Paczków, Nysa, Krzeszów… Mam po prostu ochotę powłóczyć się tam bez planu.

A ten stryszek w rybackiej chatce na Helu, stodoła gdzieś w szczerym polu? Czemu mają służyć?
Już je oddałam wnuczce, ale to są bardzo dobre inwestycje. Lubię przeglądać rubrykę Kontakt nieruchomości, wczytywać się w te sposoby zachwalania czegoś, wynajdywać absolutne ruiny za absolutne grosze, wyobrażać sobie, co z nich można zrobić, i stopniowo działać: jednego roku toaleta, drugiego podłoga… Bardzo wcześnie wyszłam za mąż, potem jakieś wynajęte mieszkania, tułaczki, przeprowadzki. Te moje stryszki i domki wynikają więc chyba z potrzeby posiadania własnego miejsca, a właściwie rozgałęzionej sieci domostw. W każdej chwili mogę wsiąść do pociągu bez umawiania się z kimkolwiek, dojechać do mojego miejsca i zamknąć się na klucz. Potrafię też podróżować ileś godzin tylko po to, by przestawić doniczkę na drugą stronę parapetu, napić się u siebie herbaty i wrócić wieczornym pociągiem.

 

 

Trochę to szalone.
Czy ja wiem… Ale i praktyczne, patrząc z perspektywy fundamentu materialnego. Tym bardziej że zawsze miałam dobre oko i okazywało się, że to są świetne inwestycje. Gdy więc nie miałam pieniędzy, mogłam sprzedać jedno, kupić drugie. Jedyny okres, kiedy naprawdę dobrze zarabiałam, to była dziewięciomiesięczna praca w Japonii. Tam z grzeczności zaprenumerowano mi Gazetę Wyborczą. Czytając ogłoszenia od deski do deski, kupiłam dom do remontu w Podkowie Leśnej. Przez telefon, nie widząc go wcześniej! I nigdy tej decyzji nie pożałowałam.

I teraz w tym domu mieszka Pani z byłym mężem, Michałem (drugi mąż Michał Korzec – przyp. red.).
Mieszkamy razem, bo on choruje na depresję, a ja się nim – mimo rozwodu – opiekuję. Dlaczego? Bo kiedyś on porzucił dla mnie swoją pozycję w Holandii, rozstał się ze swoją chińską żoną i z wielkimi pakami książek przyjechał do mnie. W ostatniej chwili przed zaplanowanym ślubem z Michałem poszłam do Urzędu Stanu Cywilnego w Kazimierzu i odwołałam go. Urzędniczka ze zrozumieniem pokiwała głową. Ale potem on wynajął statek na Wiśle z restauracją, zaprosił rodzinę z Holandii… I wreszcie powiedziałam: why not?
Why not? To faktycznie głębokie uzasadnienie tego, żeby wyjść za mąż.
(śmiech) Po paru latach się rozwiedliśmy. Ewidentna historia. On pojechał do Afryki, by obejrzeć krzesło Aszantów, ale nim je zobaczył, wstąpił do burdelu, gdzie zabrali mu paszport, a ja musiałam później wysyłać pieniądze, żeby go wykupić. Wrócił w łachmanach, z plastikową reklamówką i tak stanął w drzwiach.

Co usłyszał?
Nic. To był nawet dla mnie zbyt duży szok, tym większy że on nawet nie zobaczył tego krzesła (śmiech). Cała ta historia nie mieściła się po prostu w tym, czego oczekiwałam. To było poza dobrem i złem. Na dodatek on już wcześniej nabrał takich kocich ruchów, zaczął międlić, smęcić… Jakoś się skocił… Może za bardzo traktowałam go jak kota, a nie mężczyznę? Gdy po tej Afryce wyrzuciłam go z domu, zamieszkał w swoim mieszkanku w Warszawie. Czasami do mnie dzwonił, że zaraz sobie coś zrobi, więc ja szybko telefonowałam na najbliższy posterunek policji, wyłamywano drzwi, a tu… kawalerka pusta. Wciąż musiałam płacić za te drzwi, więc po roku pozwoliłam byłemu mężowi wrócić i się nim opiekuję.

To jednak współczucie?
Nie. Rodzaj praktyczności, bo opieka nad nim w moim domu jest mniej absorbująca niż cała ta policja, drabiny pod oknem i ślusarze. Wśród różnych przygarniętych zwierząt w moim domu funkcjonuje więc także mój były mąż. Z psami i wieloma kotami, dla których zrobiłam specjalną dziurę z klapką w oknie, żeby mogły sobie przychodzić, kiedy chcą, nawet kiedy nie ma mnie w domu. Nie wszystkie koty, które dokarmiam, znam. Przychodzą także zadbane z pobliskich domów i takie, które się u mnie urodziły, ale są półdzikie, bo już nie oswajam kotów. Raz w życiu to zrobiłam i bardzo cierpiałam, gdy ten kot umarł. Uznałam więc, że nie będę się przywiązywać. Ale kotów jest naprawdę sporo. Może kilkanaście przewija się przez ten koci pokój.

A wśród nich były mąż.
Wiem, że to jest sytuacja wymykająca się stereotypom, ale nie w moim sposobie przeżywania. Bo moja siła polega na tym, że dla mnie w zasadzie stereotypy nie istnieją. A równocześnie mam przesadnie rozwinięte poczucie odpowiedzialności. Funkcjonuję raczej na sprzecznych poziomach, a stereotyp jest jednoznacznością, aż do bólu. A poza tym to nasze wspólne mieszkanie jest też z tego względu praktyczne, że nie jestem coraz młodsza, mogę nagle umrzeć. Dobrze, choćby ze względu na inne zwierzęta, żeby ktoś dostrzegł moment mojej śmierci… Zawsze powtarzam: życie jest piękne i każdy jest smutny. Różne gadki o tym, że tak nie jest, są bzdurą. Smutni są wszyscy, a dzielą się na depresyjnych, jak Michał, którzy męczą innych, i normalnych, którzy potrafią smutek trzymać w sobie, czyli takich jak ja. Ta choroba Michała sprawiła, że jako ta normalna poczułam się za niego na powrót odpowiedzialna.

I nadal nie posądza się Pani o żadną empatię?
Nie wiem, empatia nie była obecna w moich związkach. Okazywałam raczej ogromną ciekawość, wyćwiczyłam też w sobie do perfekcji zdolność przetrwania, nie dałam się rozwinąć pasji samozatracenia, szczególnie w związku z Iredyńskim (Ireneusz Iredyński, partner w latach 70. – przyp. red.). Odkrywałam też w sobie zalety bycia osobą autystyczną, taką, która nie reaguje automatycznie na stereotypy językowe i nie ma na nie natychmiastowej reakcji emocjonalnej. Było takie słuchowisko Okno, o mnie – a w nim agresja właściwie nie wiadomo, z jakiego powodu, narastanie pewnej spirali, mężczyzna wpatrujący się ze swojego okna w Alejach Jerozolimskich w zapalające się okno na ulicy Widok. I to okno tak go pochłaniało, że ta jego kobieta stawała się zbędna. To była rzeczywista sytuacja. Bohater tej historii był jednym z przedstawicieli pokolenia mężczyzn, którzy nie mieli w sobie potrzeby przetrwania. Wojna i komunizm ją w nich zabiły. A ja byłam w tym wszystkim kimś w rodzaju terapeutki. Ostatnio przeżyłam szok, to już drugi, o którym wspominam w tej rozmowie, gdy przeczytałam listy Hłaski, starszego o dwa–trzy lata od Irka, o jego kompleksach wynikających z fizyczności, męskich kłopotach, chyba po śwince, i równoczesnym uwodzeniu i mężczyzn, i kobiet. Pierwsza żona Irka to była Masza, z którą – jak mi opowiadał – ożenił się, bo za jej dekolt zaglądał wcześniej Hłasko w Krakowie, więc ten tak chciał doskoczyć. Niby więc ten Hłasko był synonimem wolności, a de facto nie miał w sobie tego czegoś, tej iskry, manipulował ludźmi. Po latach okazuje się, że to był… No, w każdym razie, gdyby się tu teraz pokazał, to powiedziałabym: o, jeszcze jeden pętak. Mimo że wielki pisarz.

Ale ten drugi pętak, Iredyński, bił Panią.
On nie był pętakiem. Nie wykorzystywał ludzi, manipulował nimi, bo chciał poznać siłę słów. A rękoczyny? Te dwa czy trzy, które miały miejsce, to dla mnie było i tak najmniejsze zło. Ja też nie byłam święta. Jestem trudną osobą, denerwującą dla człowieka, z którym mieszkam. Irek Iredyński po prostu z nudów i z potrzeby samodestrukcji, chęci zapicia się na śmierć, niszczył innych. Ostatecznie dla świętego spokoju przyznałam się do czegoś, czego nie zrobiłam, żeby tę nudną sytuację już skończyć. I pamiętam, że w tym błysku pomyślałam: cholera, rozumiem procesy moskiewskie (śmiech). Iredyński mnie nie zniszczył. Za dużo mam w sobie tej zdolności przetrwania, zdrowej obojętności i moich niewidzialnych korytarzy. Zdaję sobie z tego sprawę i potrafię życie urządzać tak, żeby się w nim dobrze czuć. Mam też żywotność w sensie fizycznym. Mój ojciec umarł, gdy miał 99 lat, mama – 94. Moja rodzina to mieszanina Litwinów i Ormian, z tej gałęzi, która zawędrowała pod Warszawę i produkowała pasy słuckie, czyniąc je modą. Odnalazłam też we Wrocławiu, u elżbietanek na Ostrowie Tumskim, ślady zakonnicy, która została zastrzelona, kiedy broniła się przed gwałtem rosyjskiego żołnierza. Dziś jest już błogosławiona, a wkrótce zostanie świętą. Był też jakiś romantyczny księgarz, który przywędrował z Napoleonem. Zawsze mówię: może w końcu jakiś Żyd? Być może także ta wieloetniczność daje mi siłę? A może chodzenie po lesie z psami? Może umiejętność wyłączania się, bo ja nie mam nawet komórki, żeby nie być ciągle widoczna? To jest kwestia pewnej strategii. Kontrola nad sobą.

A były takie momenty, kiedy wymknęła się Pani sobie spod kontroli?
Romantyczne momenty? Bywały, ale szybko z nich powracałam. Namiętne pocałunki też nie były nigdy czymś takim, co zaprząta mi pamięć. Raz w Peru muzyka indiańska wzbudziła we mnie chęć tańczenia na zbyt dużej wysokości. I do dziś mam rozedmę płuc. Ale to jedna z rzadkich chwil, kiedy uległam impulsowi. Druga utrata kontroli to moment, kiedy mnie zamknęli w czerwcu 1968 roku. Nie spodziewa- łam się, że takie spotkania odbywające się w mieszkaniach i dyskusje zostaną nazwane w akcie oskarżenia zamachem na państwo. I to była ta utrata kontroli, bo ja myślałam, że można coś wytłumaczyć, można porozmawiać. Myliłam się. Został cień czegoś dwuznacznego, co tworzy niemiły zgrzyt z punktu widzenia konstruowania życiorysu, coś, czego nie da się już wypreparować i wyeliminować. Wtedy myślałam o sobie, że jestem bohaterem, że przeze mnie nikt nie wpadł, a nagle zorientowałam się, że funkcjonuję jako ktoś, komu nie do końca można zaufać. Kiedyś w Kioto spotkałam starszego ode mnie Japończyka. Mógł zostać kamikadze, ale nie przyszło mu to do głowy. A ja mogłam zostać bohaterem, ale nie zostałam… Przez to zaangażowanie w 1968 roku straciłam duże szanse zawodowe, bo przez kilkanaście lat, żeby utrzymać siebie i córkę, pracowałam w różnych zawodach: byłam urzędniczką, ankieterką, nauczycielką w szkole pielęgniarskiej. Równolegle uczyłam się języków obcych, dużo czytałam, ale faktycznie byłam kobietą pracującą.

 

 

Skoro jesteśmy znów przy kobietach, czy związek z kobietą jest dla Pani do wyobrażenia?
Nie przyszło mi to nigdy do głowy.

Nie podrywały Pani kobiety?
Owszem, całkiem sporo, ale nie uległam, bo nie czytała tego moja wyobraźnia. Uważam, że te osoby miały prawo być sobą. Nie podobają mi się sytuacje, kiedy to jest wypreparowane i sztucznie wyciągane do sfery publicznej. Zawsze w nadmiarze formy jest coś podejrzanego i to dotyczy każdej orientacji. Bardzo na przykład lubię Korę, ale ten Sipowicz w kapelusiku w studiu telewizyjnym to już nie, nie, no proszę (śmiech). Jak się widzi kogoś takiego, to od razu wiadomo: o, w tym związku muszę sama o siebie zadbać. Poza tym myślę, że ten Jackowski, którego miałam okazję poznać, kochał Korę naprawdę, a Sipowicz to taki trochę pieczeniarz. To widać, że ona nie ma w nim oparcia. To samo ten wystudiowany, skupiony na sobie i przestraszony Nergal, przez którego cierpiała biedna Doda. Kiedyś nawet w Mińsku Mazowickiem, na wyborczym spotkaniu promującym profesor Pawłowicz, w pewnym momencie zeszłam w rozmowie z młodymi ludźmi na tę Dodę, tak bardzo mnie dotknęło to, że Nergal ją wyssał i zostawił. Nie jestem do dziś pewna, czy pani Pawłowicz była aż tak bardzo zadowolona, że na jej spotkaniu wyborczym pojawił się zupełnie inny wątek (śmiech). Jedno jest pewne: Doda jest bardzo kobieca w swojej sile przetrwania, co podziwiam. Cielecka też była kiedyś super, ale potem nagle się przestraszyła, że się starzeje, i teraz już aż tak mi się nie podoba. Uważam, że Agata Kulesza i ta scena w filmie Ida, kiedy ona otula się futrem, zanim wychodzi przez okno, przejdzie do historii kina. W jednym geście wszystko jest zamknięte, to piękny gest… Joanna Kulig, która doskonale funkcjonuje na granicy – w wulgarnym świecie potrafi być niewulgarna, chociaż mogłaby – no, ona jest super. Nie żadna Janda, bo ta za bardzo się wymyśla, jest zbyt literacka, za mało biologiczna i w dodatku za dużo sobie opowiada.

A mężczyzna, który robi na Pani wrażenie? Bo na razie im się tylko od Pani dostało.
Chyra jest super, ale bardziej lubię Maleńczuka. Kiedyś, gdy po śmierci Osieckiej występowałam w Programie Trzecim Polskiego Radia, zapytano mnie, którą gwiazdę mają dla mnie zaprosić. Natychmiast poprosiłam o Maleńczuka. Był jednak za drogi, więc powiedzieli mi, że jest zajęty. No, trudno – zdania na jego temat nie zmieniłam. Uważam, że ma w sobie rodzaj superłobuzerskości i wdzięku, który zmienia się wraz z upływem czasu. Nie ma w nim dysharmonii w starzeniu się.

Poszłaby Pani z nim na kolację?
Oczywiście! (śmiech) Choć nie wiem, czy nie byłoby to trochę sztuczne. Czy napiłby się ze mną rumianku, bo na pewno dobrze by mu to zrobiło? Czy mielibyśmy o czym rozmawiać z tym Maleńczukiem? Myślę, że tak, bo ja w całym swoim autyzmie chyba byłabym na luzie. Dlaczego? Lubię tego typu ludzi. Za prawdę, jaką niosą, swoją własną, niezależną. Poza tym ja potrafię kląć, nauczyłam się w więzieniu całej wiązanki. Nie robię tego, ale w razie czego na takim szczególnym spotkaniu mogłabym się całkiem nieźle zaprezentować (śmiech).

Pani nie lubi dotyku, gdybym więc teraz na koniec chciała Panią tak pogłaskać, pomiziać, to…?
To byłam zdziwiona, co najmniej. A może nawet byłby to trzeci już w tej rozmowie szok? Proszę pani, ja jestem przecież bardzo poważną i onieśmielającą osobą (śmiech). |

 

Jadwiga Staniszkis: Czy poszłabym na kolację z Maleńczukiem? Oczywiście! (śmiech). (…) Czy napiłby się ze mną rumianku, bo na pewno dobrze by mu to zrobiło?

 

Nalewka rumiankowa na zszarpane nerwy

Co?
Garść świeżych kwiatów rumianku (można zbierać aż do jesieni),
250 ml spirytusu, 250 ml wody Syrop: 150 ml wody, 3 łyżki miodu wielokwiatowego
Jak?
Kwiaty wsyp do słoja, zalej spirytusem i wodą. Słój postaw w słonecznym miejscu na miesiąc.
Od czasu do czasu potrząsaj nim. Po upływie miesiąca przefiltruj nalewkę. Można to zrobić na wiele sposobów.
Skutecznym, a jednocześnie szybkim, jest filtrowanie przez ręczniki papierowe.
Dodaj do nalewki syrop z wody i miodu. Wlej do butelek, zamknij, wynieś w chłodne miejsce.
Sięgaj po naparsteczek nalewki, by uspokoić nerwy.

 

0.00 średnia ocena / 0 głosów

1 KOMENTARZ

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
16 + 14 =