Aleksandra Kurzak

Pani Ola nawet książkę telefoniczną dobrze zaśpiewa – pisał o Aleksandrze Kurzak jeden z fanów po warszawskim koncercie. Trudno się nie zgodzić. Nasza gwiazda jest żywym dowodem na to, że do opery trzeba mieć szczególny dar.

 

Tekst: Aleksander Laskowski
Zdjęcia: Emil Biliński

 

Masz fenomenalne recenzje po występie w roli Liu w Turandot Giacomo Pucciniego w Operze Królewskiej Covent Garden w Londynie. To nowa rola w twoim repertuarze. Czy wchodzenie w świat Pucciniego oznacza pożegnanie z Mozartem?
Nie. W grudniu w paryskiej Opéra Garnier debiutuję w roli Vitelli w Łaskawości Tytusa. To stereotyp, z którym należy walczyć – uważa się, że jak ktoś śpiewa Mozarta, to nie może śpiewać już nic innego. Bo niby głos mozartowski to głos mały i niezbyt nośny. Birgit Nilsson śpiewała i Wagnera, i Mozarta. Rzadziej łączy się Wagnera i muzykę włoską. Może to mój dar, że potrafię się dostosowywać?

Lubisz Łaskawość Tytusa?
Śpiewałam Servilię w 2005 roku. Znowu powiem coś, co może wydać się wielu osobom trudne do zaakceptowania, tak jak moja niechęć do muzyki Jana Sebastiana Bacha – chociaż bardzo lubię śpiewać Mozarta, nie lubię oglądać jego dzieł na scenie.

Dlaczego?
Może dlatego, że bardzo ciężko jest dobrze wystawić opery tego kompozytora. Jedyna inscenizacja Wesela Figara, w której uwielbiałam grać i ją oglądać, była autorstwa Davida McVicara w Operze Królewskiej w Londynie. Uważam, że to genialny spektakl. Przepiękny. Bardzo zmieniłam się od czasu, kiedy ostatni raz wykonywałam muzykę Mozarta. Było to dość dawno. Ciekawa jestem powrotu do niej. Vitellia jest rolą dramatyczną. Jednak jak zawsze u Mozarta trzeba nałożyć na siebie – mówię metaforycznie – gorset stylistyczny.To stawia przed śpiewakiem inne wymagania niż w przypadku wykonywania dzieł Pucciniego czy Leoncavalla. Muszę na to uważać, bo w najbliższym czasie czeka mnie wiele nowych partii.

Jakich?
Za mną debiuty w partiach Liu w Turandot i Mimi w Cyganerii. Wkrótce Madame Butterfly i partie verdiowskie, Alice w Falstaffie, Luisa Miller, Elżbieta w Don Carlosie i Desdemona w Otellu.

Roberto Alagna, światowej sławy tenor, a prywatnie twój mąż, będzie cię dusił?
Tak. W Wiedniu i w Paryżu. Już nie mogę się doczekać. Od dziecka była ze mnie drama queen. Zawsze ciągnęło mnie do dzieł werystycznych.Ostatnio w moim repertuarze pojawiła się też Micaëla z Carmen Georges’a Bizeta. Muzyka francuska to obszar, w którym czuję się bardzo dobrze. Tym bardziej ciekawi mnie, jak będzie mi się w tym kontekście śpiewać Mozarta.

Micaëla to jednocześnie rola bardzo piękna i dość dla śpiewaczki niewdzięczna, bo pamięta się tylko jej jedyną arię, w której wyśpiewuje swoje obawy związane ze spotkaniem ze swoim narzeczonym Don José i jego cygańską kochanką Carmen.
Wręcz przeciwnie. Powiedziałabym, że bardzo wdzięczna. Krótka i kochana przez publiczność. Jest jeszcze piękny duet, o którym nie wolno zapomina. Postać Micaëli pojawia się na początku opery, potem rzeczywiście długo jest nieobecna. I wreszcie jest ta przepiękna, liryczna aria.

Trudno jest czekać cały wieczór na powrót na scenę?
Tak się uważa. Też tak myślałam, ale potem zaśpiewałam kilkanaście spektakli i stwierdziłam, że w moim przypadku tak nie jest. Prawdę mówiąc, z Liu jest podobnie. Cały drugi akt Turandot jest chyba najnudniejszym występem w moim życiu. Taka piękna muzyka, a ja stoję pod ścianą…

Jak macierzyństwo wpłynęło na ciebie jako artystkę?
Nie umiem powiedzieć, jak wpłynęło na mnie jako artystkę. Bardzo zmieniło mnie jako człowieka. Stałam się bardziej sentymentalna. Łatwiej płaczę. Jestem bardziej wrażliwa na ludzkie nieszczęście. Na choroby. Inaczej odczuwam te same rzeczy. Dziecko bardzo mnie uwrażliwiło. Na pewno także jako artystę. To, jakim jesteś człowiekiem, wpływa przecież na to, jakim jesteś artystą. Zawsze starałam się być bardzo szczera na scenie. Starałam się być w stu procentach przekonana, że to, co robię, robię dobrze. Dlatego ostatnio nie zaśpiewałam w Opowieściach Hoffmanna w Bawarskiej Operze Państwowej w Monachium. Uważam, że wykonanie zawsze powinno być oparte na współpracy, na dobrej atmosferze na scenie. Miałam zaśpiewać wszystkie cztery wiodące role żeńskie w tej operze, ale z powodu nieporozumień z dyrygentem zrezygnowałam. Skończyło się na tym, że dyrekcja zaproponowała zmianę dyrygenta. Co się stało? Straciłam serce. Włożyłam bardzo dużo pracy w ten utwór. Dwa miesiące intensywnej nauki. Samo pamięciowe opanowanie francuskiego tekstu jest już nie lada wyzwaniem. A jak stracę do czegoś serce, to nic nie pomoże. Nikt mnie wówczas do pracy nie przekona. Ja wszystko robię z miłości, z namiętności do muzyki. Z pasji. Tymczasem podczas prób poszło dosłownie o trzy nuty. Ja wybrałam wariant uświęcony tradycją sceniczną, dyrygent wolał inny, wynikający z partytury, którą miał przed oczami. Kiedy gra się w filharmonii, dyrygent nie mówi pianiście czy skrzypkowi, jak ma interpretować koncert. Dlaczego zatem dyrygenci uzurpują sobie prawo, żeby mówić śpiewakom, jak mają śpiewać?

Tak jest chyba coraz rzadziej.
I całe szczęście.

Kiedy przygotowywaliśmy książkę Si, Amore, zastanawiałaś się, w jakim języku Malèna – wówczas niemowlę – będzie rozmawiać z rodzicami. Z Roberto Alagną rozmawiacie w domu po włosku.
Malèna pięknie mówi po polsku. Zaczyna już mówić po francusku, bo w tym języku rozmawia z tatą. Po włosku nie mówi, ale rozumie. Robiłam próby – prosiłam ją o coś po włosku, a Malèna reagowała prawidłowo. Po francusku długo nie mówiła. Aż pewnego dnia nagle zaczęła.

Twoja mama opowiadała mi kiedyś, jak uwielbiałaś, kiedy byłaś małą dziewczynką, włączać się w bieg spektaklu, będąc z rodzicami na widowni, i tańczyłaś Pójdzie panna za szlachcica w Strasznym dworze Stanisława Moniuszki. Malèna odziedziczyła te skłonności?
Odgrywała ostatnio Turandot i Liu. Bardzo się bała księżniczki Turandot, ale odgrywała w domu jej partię. W monachijskiej Olimpii z Opowieści Hoffmanna, której ostatecznie nie zaśpiewałam, była zwariowana choreografia. Niemal co takt inny ruch. Po próbie w teatrze, już w hotelu, cztery godziny ćwiczyłam przed lustrem, żeby zapamiętać, jak się moja bohaterka – mechaniczna lalka – ma ruszać w takt muzyki. Wieczorem patrzę, a przed lustrem Malèna odśpiewuje po francusku prawie całą arię, trochę po swojemu, we własnym języku, ale z odpowiednimi ruchami. W kolejnym pokoleniu zaczyna się naśladowanie mamy – pomyślałam.

Będzie śpiewaczką?
Ostatnio babcia zadała jej to pytanie. Odpowiedziała, że nie będzie śpiewaczką, bo jak się ten zawód uprawia, to nie można jeść, czego się chce, trzeba chodzić wcześnie spać i trzeba dużo leżeć w wannie, a to jest bardzo nudne.

W wannie?
Roberto uwielbia długie kąpiele. Potrafi spędzić w łazience trzy, nawet cztery godziny. Jak tak nie potrafię. W kinie zawsze pokazują kobiety w pianie podczas niekończących się kąpieli. To nieprawda. Te wanny są dla mężczyzn. Malèna dodała też – w domu mogę śpiewać, na scenie się wstydzę.

Czy Malèna towarzyszy ci na próbach w teatrze?
Tak. To jest moja praca. Była na wszystkich próbach Turandot, w końcu opowieści przepojonej okrucieństwem Liu popełnia samobójstwo. Malèna rozumie, że to jest teatr. Mamo, babciu, to wszystko jest na niby, to jest teatr, to jest taka zabawa. To samo mówi, jak Roberto zabija się na scenie w Pajacach Ruggera Leoncavalla.

Udaje się wam tak układać pracę, że właściwie stale występujecie razem.
Tak wyszło, za co jestem wdzięczna dyrektorom teatrów, bo to jest ich decyzja. Może zobaczyli, że gdy jesteśmy razem na scenie, to to po prostu działa. Jest szaleństwo! A publiczność kocha prawdziwe pary na scenie. Nasze spektakle są wyprzedane.

Po dłuższym czasie powróciliście do Napoju miłosnego Gaetano Donizettiego w Londynie. Jakie to było uczucie? Przecież od tego przedstawienia zaczął się wasz związek z Roberto.
Za każdym razem, jak śpiewałam Napój miłosny, coś się wydarzało w moim życiu. Poznałam Roberto. Odkryłam, że jestem w ciąży. Wyszłam za mąż. Wróciłam na scenę tym tytułem po urodzeniu dziecka.

A w czerwcu w Londynie?
O to samo zapytałam Roberto – co tym razem się wydarzy? Bo coś się musi wydarzyć. Zaśpiewałam premierę chora i niestety musiałam potem odwołać wszystkie kolejne spektakle. Po raz pierwszy w mojej dwudziestoletniej karierze. Jednak mimo choroby – tak mi się zdaje – podczas tego jedynego spektaklu w Londynie zaśpiewałam rolę Adiny najlepiej w życiu.

Taka mobilizacja z powodu niedyspozycji?
Nie wiem. Zawsze po spektaklu mam do siebie rozmaite zastrzeżenia. Tym razem żadnego. Wszystko wyszło tak, jak chciałam. Zaśpiewałam, chociaż w przerwie już nie mówiłam. Nie wiem, jakim cudem się to udało. Na pewno pomogła technika, wysoka impostacja głosu. Nikt nie mógł uwierzyć. Zeszłam ze sceny i odwołałam kolejne trzy przedstawienia. Roberto zaraził się ode mnie. Zaśpiewał jeszcze drugi spektakl do połowy, w drugiej części tylko grał, a jego cover śpiewał zza kulis. Potem poszedł do lekarza i mimo jego rad uparł się, że zaśpiewa jeszcze trzeci spektakl. Ale jak się ma zapalenie tchawicy, jak się tylko ciało rozgrzeje, głos znika. Nic z tego nie wyszło. Roberto nie mógł przeboleć, że po raz pierwszy w trzydziestoletniej karierze musiał odwołać przedstawienie.

Czy prawdą jest, że będziecie razem śpiewać Moniuszkę?
Planujemy nagranie Halki w wersji włoskiej.

Szumią jodły na gór szczycie – jak to będzie po włosku?
Jeszcze nie wiem, ale bardzo bawi mnie, że do Jontka mam wołać: Gianni, Gianni.

Słyszałem też o waszych planach związanych z Manru Ignacego Jana Paderewskiego.
Chciałabym wykonać ten utwór w wersji koncertowej.

Bardzo chciałbym zobaczyć Roberto Alagnę u twego boku w roli zakochanego Cygana. Myślę, że to dla niego wspaniała rola.
Oczywiście, że tak. Co ciekawe, w libretcie najlepszym przyjacielem Manru jest Jago, baryton. Roberto naprawdę ma przyjaciela, który nazywa się Jago, jest Cyganem i znają się od dzieciństwa. Niestety nasz Jago jest tenorem. Nuty Manru Paderewskiego leżą u nas w domu i czekają. Zaszczepiam w Roberto ideę, żeby to zrobić.

Właściwie cały czas przebywasz poza Polską. Planujesz występy w Polsce?
Występy w Polsce są dla mnie bardzo ważne. 16 lutego w Filharmonii Szczecińskiej mamy wspólny koncert z Roberto. 6 kwietnia wystąpię z recitalem w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Jest też w planach koncert na Wawelu.

Kiedy zdążasz się uczyć wszystkich nowych ról?
Jestem wariatką, bo naliczyłam, że przez półtora roku nauczyłam się 13 dużych nowych ról. W tym Alice Ford w Falstaffie Verdiego, którą będę śpiewać niebawem w Paryżu.

Wróćmy na chwilę do polskiego repertuaru. Wzięłaś udział w nagraniu oratorium Quo Vadis Feliksa Nowowiejskiego. Dzieła niesłusznie zapomnianego, napisanego z wielkim rozmachem. Co dla ciebie znaczyło to doświadczenie?
To było wielkie przeżycie. Nie dzielę muzyki na poważną i niepoważną, każdemu rodzajowi muzyki można nadać głębię. Na Westerplatte, podczas koncertu zorganizowanego w 2016 roku w ramach obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej, śpiewałam fragment III Symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego. Niedawno w Warszawie przepiękne piosenki z dwudziestolecia międzywojennego. Uważam, że sięganie po taki repertuar to nie zdrada gatunku, chociaż wielu purystów ortodoksów muzyki klasycznej będzie się denerwować, że śpiewaczka operowa robi takie rzeczy. Cokolwiek wykonuję – piosenkę, musical, pieśni, oratoria, opery Pucciniego czy Verdiego – zawsze podchodzę w ten sam sposób do dzieła. Było mi niezwykle miło, że na koncercie w Warszawie zabrzmiała nieznana piosenka Maniusiu och. Nie zgadzam się na polski kompleks, wedle którego nasze to gorsze, a wychwalać musimy to, co zza granicy. Mamy Chopina. I muzykę współczesną – Pendereckiego, Lutosławskiego, Góreckiego. W przypadku Moniuszki tylko dwie opery męczy się bez końca – Halkę i Straszny dwór, na nic innego nie zwracając uwagi. Na szczęście widać jakieś zmiany. Wracają powoli Władysław Żeleński i Ludomir Różycki, z czego bardzo się cieszę.

Porozmawiajmy o Góreckim. Zaśpiewać drugą część Symfonii pieśni żałosnych jest bardzo trudno, bo śpiewaczka operowa w naturalny sposób ucieka się do dramatyzmu scenicznego, który w tym utworze wydaje mi się niepożądany.
Trzeba być uczciwym wobec dzieła. Śpiewałam normalnie. Na tym polega muzykalność. I technika śpiewu. Krytycy lubią szufladkować, że jak ktoś od opery, to już nie od pieśni. A wszystko – operę czy pieśni – śpiewa się w gruncie rzeczy tak samo. Ważna jest technika i wyczucie stylu. Na instrumencie jest podobnie. Inaczej gra się koncert skrzypcowy Piotra Czajkowskiego, a inaczej koncert skrzypcowy Bacha, chociaż gra ten sam skrzypek.Wydaje mi się, że mówiąc o Góreckim, miałeś na myśli pewną intymność. Bo w operze śpiewa się głównie od mezzo forte do fortissimo. A Góreckiego śpiewa się piano. Szufladkowania nie lubię. Po koncercie w Warszawie jeden z fanów napisał, że Pani Ola nawet książkę telefoniczną dobrze zaśpiewa.

To komplement?
Trzeba się umieć dostosować do muzyki, którą się wykonuje. Myślę, że trzeba mieć dar, z którym się człowiek rodzi. Serce, wyczucie, technika oczywiście muszą pozwalać na to, co się chce zrobić. Rzecz jasna piosenki powstańcze śpiewałam innym głosem niż Pucciniego, ale cały czas był to impostowany głos operowy. Jakbym próbowała śpiewać jak piosenkarka, wyszłaby karykatura. A wyjście poza gorset operowy i zaśpiewanie z Warszawskim Combo to była wielka frajda.

Przejmujesz się tym, co piszą krytycy?
Nie. Kiedyś bardzo się przejmowałam. Każdy ma prawo osądzać, ale denerwują mnie błędy merytoryczne. I jak takie błędy widzę, to piszę do krytyka.

Zygmunt Mycielski w jednym z listów mówi, że denerwuje go, jak krytycy piszą, że coś jest dobre albo złe. Powinni pisać, że coś im się podoba albo nie podoba.
Święta racja. Niestety często krytycy nie mają wykształcenia muzycznego, tylko kochają muzykę. Więc są to fani, którzy piszą jako zawodowcy. Jak ktoś jako artysta ma wyrobioną markę, nie powinien przejmować się krytykami. Dyrektorzy teatrów z pewnością się nimi nie sugerują. Chociaż oczywiście miło mieć dobre recenzje. Najpiękniejszą krytyką jest reakcja publiczności, wyprzedane bilety i owacje po spektaklu.

W jaki sposób odpoczywasz?
Gdybym nie była śpiewaczką, zajmowałabym się zawodowo urządzaniem wnętrz.

Radzisz się kogoś?
Wszystko robię z Małgosią Stachowiak, wspaniałym architektem i moją serdeczną przyjaciółką. Urządziłyśmy dom w Warszawie, urządziłam na nowo dom męża we Francji.

Do Paryża woziłaś meble z Warszawy?
Tak, chociaż były to meble włoskie.

Przyjaciółka doradza ci, jak urządzać mieszkania. Stylista pomaga ci się ubierać?
Nie. Ubieram się sama.

A Roberto?
Ma bardzo dobry gust. I fajnie się ubiera. Panowie mają łatwiej, bo na kolejne recitale mogą założyć ten sam smoking. Chociaż Roberto też lubi coś zmieniać. Smoking tak, ale z piękną marynarką, która niekoniecznie będzie czarna. Staramy się współgrać ze sobą strojem. |

 

 

Tort Opera

Biszkopt:
75 g cukru
75 g zmielonych migdałów
2,5 łyżki mąki
3 żółtka
6 białek
15 g stopionego i schłodzonego masła
Polewa:
200 g gorzkiej czekolady
100 ml mleka
75 ml śmietany kremówki
50 g miękkiego masła
Syrop kawowy:
1,5 łyżki cukru pudru (lub zwykłego)
1,5 łyżki kawy rozpuszczalnej
90 ml wody
Krem maślany:
70 g cukru
1 białko
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
100 g miękkiego masła
3 łyżeczki wody
Trzy z białek ubić z cukrem na sztywno, dodając pod koniec ubijania żółtka. Delikatnie wmieszać w masę migdały i mąkę, „zakładając” masę na stopniowo dosypywane składniki. Powoli, ciągle mieszając, dodać stopione masło. Przelać cienką warstwą na płaską formę i piec ok. 7 minut w temperaturze 220 stopni. Uzyskany spód po ostygnięciu podzielić na trzy równe prostokąty. Wymieszać w misce rozdrobnioną czekoladę z mlekiem i śmietaną kremówką, podgrzanymi wcześniej do wrzenia. Wymieszać na jednolitą masę i dodać masło. Odstawić do ostygnięcia. Sporządzić syrop kawowy z gorącej wody, kawy i cukru. Utrzeć na puch masło na krem maślany, a następnie dodać do niego kawę rozpuszczoną w łyżeczce wody i wymieszać. Równolegle ubić białko na sztywno i stopniowo dodawać syrop z cukru i gorącej wody
(uważać, żeby syrop się nie skarmelizował!). Ubijać do całkowitego przestygnięcia, a następnie rozmieszać masę z ubitym masłem.

 

 

0.00 średnia ocena / 0 głosów

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
22 − 11 =