Marina pokonuje mury

„Performance tym różni się od teatru, że w teatrze jest tępy nóż i keczup, a w performansie – ostry nóż i prawdziwa krew“ – mawiała Marina Abramović. W jej twórczości na keczup i tępe noże nie ma miejsca.

 

Jest miejsce na ból, na walkę, na pokonywanie granic. Jest miejsce na wstyd i walkę z nim. Jest miejsce na oswajanie lęków i ograniczeń – własnych i cudzych. Na obłaskawianie strachu. „Przede wszystkim chcę poruszać te obszary, te myśli, które związane są ze wstydem. W moich performansach traktuję siebie jako lustro, w którym publiczność może odnaleźć swoje wewnętrzne lęki“ – powiedziała kiedyś.
W tym lustrze, czasem krzywym niczym w cyrku, czasem krystalicznie czystym, publiczność przeglądała się wielokrotnie od momentu, kiedy Marina, studentka malarstwa na ASP, zainteresowała się sztuką performance’u. Malowała chmury, kiedy na niebie spostrzegła smugi pozostawione przez wojskowe samoloty.
Natychmiast udała się do bazy wojskowej, by zapytać, czy może pożyczyć kilkanaście maszyn do projektu. Wówczas jej ojciec otrzymał telefon, a podczas rozmowy usłyszał, że jego córka jest szalona. Tamtego projektu nie zrobiła, ale na dobre odwróciła się od malarstwa, uznając tę dziedzinę sztuki za nudną. Jednak to określenie – „szalona“ – towarzyszyć jej będzie przez większość artystycznej drogi. Będzie traktowana jak dziwaczka, kuriozum, osobliwość. Dużo czasu minie, zanim zyska status wybitnej artystki i zasłużone uznanie, którego fundamentem będzie szacunek dla jej sztuki, nie ciekawość. Choć ciekawość w jej twórczości jest ważna – i jej, i tych, którzy przychodzili na jej performance’y, bo wielu widzów przychodziło – przynajmniej początkowo – nie tyle, by obcować ze sztuką, ale by zobaczyć ekscentryczną artystkę.

Widownia wyczuje każdy fałsz
Po tym, jak samolotami chciała pomalować niebo, zrozumiała, że performance jest jedyną szczerą – jak wielokrotnie mówiła – sztuką. „Dajesz z siebie wszystko, nie chowasz się za rolą ani za rekwizytem. Widownia czuje każdy fałsz i jeśli ci nie uwierzy, performance będzie tylko serią dziwnych działań, które wyglądają na szaleństwo“ – oświadczyła.
Jej widownia wierzyła zawsze. Nigdy nie przyzwyczaiła się do jej metod, nigdy nie była przygotowana na to, co nastąpi. W latach 1973-74 stworzyła cykl „Rytm“, w ramach którego poddawała swoje ciało – i psychikę, bo u Abramović jedno nie funkcjonuje bez drugiego – brutalnym działaniom. W „Rytm 10“, będącym pierwszą odsłoną cyklu, Abramović wykorzystała noże, magnetofony z mikrofonami i, jak zawsze, siebie samą. Swoje ciało. Na leżącym na podłodze białym papierze rozłożyła 20 noży, obok ustawiła magnetofony i mikrofony. Nożami uderzała w przestrzenie między palcami lewej ręki, sięgając po nowy nóż po trafieniu w dłoń. Nagrywała rytm uderzeń. Kiedy zużyła wszystkie noże, włączyła nagranie i powtórzyła swoje czynności do nagranego rytmu.

 

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
11 + 2 =


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.