Męskość w kinie

Co dzieje się z męskością, kiedy kobiety przejmują pałeczkę? Staje się bogata i różnorodna!

 

Tekst: Olga Sztern

 

Nie ma żadnych wątpliwości, że kobiety opanowały kino. Nie ma dla nich przeszkód, Wonder Woman idzie na wojnę, Atomic Blonde wchodzi w buty Jamesa Bonda, a cały panteon innych bohaterek szturmuje wszystkie wyobrażalne gatunki kinowe. Tak jak kiedyś wiodącą postacią – tą, która inspirowała wydarzenia, podejmowała decyzje i którą kochała kamera – był niemal zawsze mężczyzna, dziś coraz częściej jest odwrotnie: ekranem rządzą kobiety.
Ale ta tendencja pociąga zupełnie nowe, zaskakujące konsekwencje. Mężczyzna w roli głównego bohatera, gdy parł do przodu, odkrywając tajemnice, załatwiając sprawy i uciekając przed wrogiem, rzadko miał okazję prezentować cechy inne niż jak z komiksowego sztambucha. Za to gdy przesuwa się na nieco dalszy plan, gdy to on musi zareagować na działania głównej bohaterki, zaczyna mieć przestrzeń na zaprezentowanie pogłębionej postaci. Mężczyźni w dzisiejszym kinie są więc ciekawi, skomplikowani, różni. Nie są już na pewno przezroczyści. Po raz pierwszy od dawna nie charakteryzuje ich krój marynarki, zestaw tików oraz rodzaj relacji z paniami. Żeby zbudować wiarygodnego męskiego bohatera, scenarzyści musza się postarać!

Mężczyźni liryczni
Tak jak kiedyś nie wolno było okazywać uczuć, tak dzisiaj mężczyzna nieczuły i pozamykany jak twierdza jest po prostu nieatrakcyjny. Nawet James Bond grany przez Davida Craiga ma emocje, rodzinę i słabości, do których pomału przyznaje się widzom. Zresztą – jeśli emocje, to także młodość. „Czas chmurny i durny“ – jak mawiał wieszcz, a więc czas, kiedy emocje częściej nas opanowują niż my panujemy nad nimi. Nagle więc ekrany zapełnili młodzieńcy. Mają fundamentalne zalety: są piękni i są szczerzy. Wielu aktorów przechodzi na duży ekran z seriali, w których zaczynali grać jeszcze jako nastolatki. Choć niektórzy wyglądają, jakby jeszcze nie musieli się golić, mają warsztat, prezencję i profesjonalizm. Żadnej dziwacznej nieśmiałości, niepewności, co zrobić z rękami czy cery pozostawiającej wiele do życzenia.

Co więcej, są wiarygodni. To nie są playboye z dziesiątkami „nacięć na kolbie“. Kiedy się zakochują, reszta świata znika. Są w tym piękni, choć nie zawsze najbardziej skuteczni. Baby, znakomity kierowca zatrudniany przez lokalny gang rzezimieszków przy napadach na banki (i inne instytucje, które warto napadać, o czym w filmie mówi się dużo), chce ukochanej rzucić pod nogi cały świat. Niestety, zanim na poważnie wyzna jej miłość, dogoni go wymiar sprawiedliwości. W filmie Wszyscy moi mężczyźni czterdziestoletnia Alice, grana przez Reese Whiterspoon, przygarnia aż trójkę młodzieńców. Aspirujący filmowcy korzystają z domku dla gości w jej rezydencji. Każdy wnosi coś specjalnego – talent, uważność, czułość, seks – dzięki czemu życie Alice wreszcie zaczyna się układać i nabierać właściwych kształtów po tym, jak odeszła od zaniedbującego ją i dzieci, bałaganiarskiego męża. Na rynku wydawniczym nowy podgatunek urban fantasy – „odwrócony harem“, w którym bohaterka wchodzi w różnego typu bliskie nie z jednym, a dwoma lub więcej mężczyznami występującymi niejako „w pakiecie“, na przykład – jako grupa przyjaciół czy bracia, zyskuje coraz większą popularność. Czas pokaże, czy sprawdzi się również na dużym ekranie, choć raczej tak – dynamika takich wielokątów pozwala pokazać ogromne bogactwo każdej roli i wykreować ciekawe, nieoczywiste wątki w scenariuszu.

Mężczyźni dramatyczni
Innym ogromnym tematem, dotychczas zaniedbywanym, jest ojcostwo. Współcześni filmowi ojcowie dorównują pod względem determinacji i dbałości o swoje pociechy wcześniej mającym na to monopol matkom. To jednak relacja ze swej istoty cichsza, mniej wypełniona słowami. Po Synu Szawła (2015), wstrząsającym dramacie o ojcu, który w obozie koncentracyjnym chce pochować ciało zmarłego synka, stało się jasne, że ten motyw wymaga artyzmu i rzemiosła najwyższej próby. Z natury rzeczy więc temat przechodzi na mały ekran, jak w szalenie popularnym serialu Ozark o zwykłym doradcy finansowym, który dla swojej rodziny gotów jest zrobić wszystko – nawet założyć pralnię pieniędzy na amerykańskim odpowiedniku Warmii i Mazur, nad tytułowym jeziorem Ozark.
Ale dramatyzm ojcostwa najbardziej fascynuje w historiach z życia wziętych. Tych mamy obfitość. Filmy dokumentalne czy biograficzne – takie jak Beksińscy. Album wideofoniczny czy wcześniejsza Ostatnia Rodzina, również poświęcona Beksińskim analizują trudną sytuację dziedziczonych obciążeń psychicznych. Beksińscy stają się przewodnikami po ciężkim, nieprzyjaznym świecie depresji, w którym nieliczne chwile intymności, a przede wszystkim twórczość pozwalająca przekształcić wewnętrzne demony w coś, z czym da się żyć rozbłyskują jak drogocenne klejnoty.

Mężczyźni epiccy
Moja ulubiona kategoria filmowych mężczyzn nawiązuje do gatunku epopei – pieśni o bohaterach. Wcale nie byli to rycerze bez skazy, tajni agenci, politycy czy błyskotliwi naukowcy (ci należą do filmów gatunkowych) – tylko, no, właśnie, postacie na miarę etosu homeryckiego. W ostatnich latach pojawiło się sporo filmów o podobnych ambicjach, ale tylko dwa obrazy wydają się sięgać tak wysoko ustawionej poprzeczki. Przede wszystkim trzeba tu wspomnieć o Wielkim pięknie Paolo Sorrentino, które – tak jak Iliada pokazywała odchodzący w przeszłość świat, gdzie między ludźmi przechadzali się bogowie, a bohaterowie mieli z nimi specjalny kontakt – ukazuje odchodzący w przeszłość świat „ludzi jak bogów“, elity traktowanej specjalnie nie tylko ze względu na stan konta. Jep Gambardella jest ostatnim człowiekiem, który zna wszystkich i wie wszystko. Jest „ostatnim takim mężczyzną“, gentlemanem w każdym calu, nawet w swoich kłótniach z wyjątkowo upierdliwą gosposią. Można na niego liczyć także wówczas, kiedy nie ma co na niego liczyć (bogowie bywają kapryśni, ale ich kaprysy często wychodzą śmiertelnikom na dobre).
A potem na ekranach pojawiła się „czarna komedia“, The Square. Christian, dyrektor ważnego Muzeum Sztuki Współczesnej mieszczącego się w skrzydle królewskiego pałacu w Kopenhadze jest zagubiony jak współczesny Odyseusz. Nie wie, czy nie wierzy w sztukę czy – przeciwnie – pokłada w niej niesłabnącą wiarę i nadzieję na świeckie zbawienie. W mieszkaniu, co prawda, nikt na niego nie czeka, ale widać, że to on z utęsknieniem czekał na dzień, kiedy uda mu się doprowadzić do takiego stanu. A współczesna Nauzykaa okazuje się bezczelną amerykańską dziennikarką z udomowionym szympansem w tle…

Mężczyźni tragiczni
Ale dziś prawdziwych bohaterów już (prawie) nie ma, chciałoby się zaśpiewać. Udowadniał to z wisielczym humorem Patryk Vega w najnowszej komedii Botoks. Cztery kumpelki – znajome z jednego stołecznego szpitala – na naszych oczach przechodzą metamorfozy, rozwijają się, chwytają życie we własne ręce. Niektóre dosłownie stają na nogi po wypadku, w którym zginął ich narzeczony. Piąta – pielęgniarka Gosia – zmieniła płeć i teraz ma na imię Marek. Świat należy do nich.
Bo nie dla przedstawionych na filmie mężczyzn, z których każdy – nawet Marek, który był Gosią – co i rusz robi i mówi rzeczy, od których ręce opadają. Mężczyźni piją, wyrzucają ciężarne kobiety z domu, są cyniczni, skorumpowani i seksistowscy, albo popadają w nieusuwalny samozachwyt połączony z manią higieniczną. Jeśli Patryk Vega nie pomylił się i polskie relacje między płciami rzeczywiście tak wyglądają, to już niebawem nad Wisłą nastąpi matriarchat…. |

0.00 średnia ocena / 0 głosów

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
28 − 16 =