Etos pracy i dyscypliny wyniosła z domu rodzinnego, chociaż jako freelancer może hasać na długiej smyczy nielimitowanych godzin. Zakochana w sztuce – od secesji po abstrakcję – swoje dzieła podporządkowuje w całości komercyjnym prawom rządzącym przestrzenią publiczną i, jak sama mówi, lubi gdy piękno jest użyteczne, a estetyka na wyciągnięcie ręki. Ewelina Dymek, graficzka i ilustratorka, jeśli rysuje kwiatki, to dla londyńskiego jubilera – David Morris The London Jeweller, jeśli kopułę Kapitolu – to dla Bank of America, a jeśli ma zamiar rysować do kotleta, to serwuje go czytelnikom kulinarnej rubryki Washington Post. W jej bogatym portfolio znajduje się również Samsung, Mandarin Oriental, Hunter i wydawnictwo Conde Nast. Nie słyszeliście? Ale na pewno widzieliście, nie raz.

 

Tekst: Magdalena Maskiewicz
Zdjęcia: Archiwum Artystki

 

Malarze mody

Balansują pomiędzy malarstwem a fotografią. Działają w dziedzinie użytkowej podporządkowanej wymaganiom jakie dyktuje rynek i tym stawianym przez klienta. Jednak pozbawienie ich profesji powiązań ze sztuką byłoby bezdusznym aktem komercjalizacji.
Wysoką wrażliwość estetyczną skupiają w soczewce oka i w pewnym ruchu kreski, za pomocą której potrafią wydobyć to, co piękne, aktualne i pożądane. Skupieni w pierwszych rzędach podczas pokazów mody, szkicują przechadzające się po wybiegu modele. Zawieszeni na drabinie na fasadach budynków i witrynach, dekorują życie ulicy za pomocą sugestywnych murali. Cyfrową monotonię internetowych kampanii przerywają tchnieniem klasycznie pojmowanego rzemiosła. W zaciszach pracowni, analogowo – ołówkiem, węglem, mazakiem aż po cyfrowy tablet graficzny – tworzą nowe światy mody, kultury, kulinariów. Ilustratorzy i kronikarze trendów w wersji rysunkowej. Jeśli, jak powiedział Henryk Tomaszewski: Salonem plakatu jest ulica, to ilustracja z każdej przestrzeni, w której się pojawi, czyni salon. Powoduje, że przeglądanie Instagrama spowalnia, bo praca rysownika często przyciąga wzrok mistrzowskim opanowaniem detali lub geometryczną eksplozją barw. Książkę ważymy w dłoni dłużej, bo ilustracje dają przedsmak opowiedzianej w niej historii, a kampanię reklamową zaczynamy rozpatrywać w kategoriach estetycznej uczty. Co serwuje odbiorcom swoich prac ilustratorka Ewelina Dymek? Jednym z ostatnich zrealizowanych przez nią projektów jest seria ilustracji dla rubryki kulinarnej Washington Post w ramach kampanii prowadzonej przez znanego w USA krytyka kulinarnego, Toma Sietsema, który poza rekomendacjami menu, zaczął prowadzić również ranking restauracji pod kątem ich dostępności dla osób z niepełnosprawnościami.


Ilustracje Eweliny dość sugestywnie pokazały na papierze przebieg linii podziału w realnym świecie. Poza Washington Post, prace Eweliny znalazły się również w magazynach Vanity Fair, GQ, Citizen K, na kilkunastometrowej witrynie hotelu May Fair w Londynie, w kampaniach reklamowych biżuterii David Morris – The London Jeweller czy włoskiego króla kaszmiru – Falconeri, a także zaproszeniach na coroczny bankiet organizowany przez Bank of America. To oczywiście zaledwie wierzchołek góry lodowej, na który Ewelina wspina się z godnym podziwu uporem. Ewelina Dymek, rocznik ’89, absolwentka filologii angielskiej, pasjonatka rysunku. Klasyczny przykład samouka, który nie tyle wykształceniu wbrew, co od wykształcenia niezależnie, szedł za głosem pasji, a głos mówił – rysuj. Jej prace zostały dostrzeżone przez uznaną ilustratorkę Magdę Antoniuk i Grażynę Kulczyk, co doprowadziło ją do finału warsztatów Fashion Drawing podczas Art & Fashion Forum w 2013 r., w których nagrodą główną były praktyki w Central Saint Martins w Londynie. Ten czas określa jako bardzo ważny punkt w swoim życiu zawodowym, który pokazał praktyczne aspekty zawodu ilustratora, dynamikę pracy z klientem oraz sposoby łączenia ilustracji z biznesem. Zdobywając zawodowe szlify w poznańskim studiu graficznym Uniforma, Ewelina jednocześnie działała jako freelancer, po godzinach „wyżywając” się, jak sama mówi, w tym, co kocha najbardziej – ilustracji.

Czy praca w studiu projektowym była ci w ogóle potrzebna?
Jak najbardziej. Bardzo wiele mi dała – jako grafik przygotowywałam branding różnych marek, projektowałam systemy identyfikacji wizualnej dla firm, szkoliłam warsztat, poznawałam trendy, opanowałam proporcje, nauczyłam się słuchać rynku i klienta, niejako komercjalizując swój talent, znajdując dla niego rynkowe zastosowanie. Ponieważ jednak z czasem proporcja realizowanych przeze mnie zleceń, ku mojej radości, przechyliła się znacznie na korzyść ilustracji, po dwóch latach pracy w agencji postanowiłam skupić się wyłącznie na nich.

Jesteś reprezentowana przez londyńską agencję kreatywną Jamie Stephen Represents. Jak doszło do tej współpracy?
Potęga Internetu. Ktoś z JSR zobaczył moje prace na portalu Behance i zgłosili się do mnie jakieś 5, 6 lat temu, gdy budowali swoje portfolio ilustratorów. Są bardzo pomocni zajmując się formalną stroną kontraktów reklamowych czy innych zleceń ilustratorskich, jednocześnie nie czyniąc żadnego ze swoich podopiecznych niewolnikiem, dając mu pełną swobodę pracowania na własne nazwisko i własne portfolio. Nie mają w sobie nic z korporacji, raczej jest to management i aktywna pomoc w kojarzeniu stron do poszczególnych zleceń. Generalnie chcę podkreślić, że moc Internetu w tej branży jest nie do przecenienia. Mogę zaprezentować się potencjalnym klientom czy partnerom na całym świecie w jednym czasie, bez wpadania w korporacyjne tryby czy wir konkursów. Klientów pozyskuję w równym stopniu dzięki agencji i swojej stronie internetowej. Tak szeroki rynek oznacza automatycznie większą konkurencję, bo o wartościowe zlecenia ścigam się z całym światem, ale wspaniałe jest to, że mogę to robić nie opuszczając swojej pracowni w Poznaniu, a świat przez okno komputera zagląda do mnie.

Co cię inspiruje?
Kobiety. Ich wewnętrzna siła, sensualność i, nie wstydźmy się tego przyznać – sprzeczność. Stałym elementem moich prac jest też geometria i ekspresyjne gesty. Jestem dość powściągliwa w stosowaniu kolorów, przeważnie operuję trzema, a z drugiej strony zachwyca mnie to, co robi w swoich ilustracjach Leif Podhajsky, to jak łączy kolory bez żadnych ograniczeń, często w mocno abstrakcyjnej konwencji. I tu docieramy do sedna, drzemiących w kobiecie, sprzeczności.

Chyba nie do końca, przecież w swoich pracach bardzo często wykorzystujesz motywy roślinne; miękkie płynne linie, ocierające się o ornamentykę.
Może to wpływ secesji, która zawsze była dla mnie niezwykle atrakcyjna wizualnie.  Niedościgniony wzór – Alfons Mucha. Miałam moment, że chciałam pójść w tym kierunku, ale czułam, że to byłoby wtórne, a nie chcę nikogo kopiować.

Którego ze współczesnych ilustratorów podziwiasz, na czyich pracach warto zatrzymać wzrok?
Ten kierunek niesamowicie się rozwija, jest mnóstwo tak utalentowanych ilustratorów, że czasem łapię się za głowę, mówiąc sama do siebie – wszystko już było, wszystko już zostało stworzone, co ty sobie wyobrażasz. Wtedy nie ma wyjścia, albo włączam muzykę i zagłuszam ten głos, albo zarządzam wietrzenie głowy i idę na spacer. Działa niezawodnie. Ale wracając do pytania, podziwiam nieustannie prace takich rysowników, jak: Mateusz Kołek, Ola Niepsuj, Justyna Stasik, Ada Buchholc, Violaine & Jeremy, Simone Massoni, Abbey Lossing, Kei Meguro, Karolis Strautniekas, Kim Salt, Malika Favre.

Malikę Favre śledzę na Instagramie. Jej prace są niesamowicie nasycone kolorem, jakby w czarny raster ktoś wlewał kubły gęstej farby.
Tak, jest mistrzynią kolorystyki i kompozycji. Ma niesamowite pomysły. Taki trochę Roy Lichtenstein w spódnicy. Jej prace są dość geometryczne i zarzuca się jej, że ciągle robi to samo. Ja uważam, że ma rozpoznawalny styl. Jest niezwykle zdyscyplinowana i konsekwentna.

Jak sama się dyscyplinujesz, bo dyscyplina bywa zmorą freelancerów? Masz stały rytm pracy?
Pracuję codziennie, staram się trzymać ram czasowych, od 8.30 do 18.00 w przypadku zleceń komercyjnych. Wieczory/noce zostawiam na swoje prywatne projekty, jeśli czuję, że akurat chcę porysować. Często jest tak, że przez różne strefy czasowe i krótkie terminy, muszę pracować w weekendy, ale staram się zachować balans pomiędzy pracą a czasem wolnym. Z dyscypliną nigdy nie miałam problemu, wyniosłam ją z domu rodzinnego. Wiadomo, że trafiają się takie dni, gdy nic się nie chce, ale staram się wtedy być dla siebie wyrozumiała i nie siedzieć bezsensownie przy pracy, skoro i tak wiem, że nic z tego nie wyjdzie, a jedynie tworzy się presja. Wtedy zazwyczaj zajmuję się czymś innym, np. ogarniam bieżące sprawy domowe. Trudno mi określić, kiedy jestem najbardziej efektywna, czasem o poranku, innym razem późnym wieczorem. Na pewno ważnym elementem pracy nad ilustracją jest w moim przypadku muzyka – to ona często nadaje ton pracy.

Twoja technika?
Zanim zajęłam się rysunkiem ołówkowym, testowałam inne techniki i narzędzia – tusz kreślarski, akwarele, cienkopisy. Jednak nie do końca czułam, że to jest to. Zwróciłam wtedy uwagę na ołówek i już przy nim zostałam. To jest to narzędzie, które daje mi najwięcej swobody i wolności. Z czasem połączyłam ołówek z rozwiązaniami cyfrowymi, Photoshopem, który usprawnił moją pracę i dodatkowo stworzył kolejne pole do rozwoju. Lubię rysować tabletem, ale nigdy nie zastąpi w całości ołówka. Zawsze bazą mojej pracy jest rysunek ołówkowy, kolejnym etapem jest skanowanie poszczególnych elementów finalnej ilustracji i edycja wszystkiego w Photoshopie – składam wtedy elementy na zasadzie kolażu.

Co wisi na ścianach w twojej prywatnej przestrzeni?
Plakaty. Kingi Offert, Poli Augustynowicz, Magdy Pilaczyńskiej. Są i panowie – Dawid Ryski i Jarosław Danilenko.

Dokąd idziesz Ewelino?
Nie będę oryginalna: do Vogue`a. Biorę każdą edycję. Mówiąc poważnie, fajnie mieć marzenia, ale staram się podchodzić do nich krótkoterminowo, marzyć o tym, co jest w moim zasięgu, i pracować. Nie myślę o sobie jako o artystce, uprawiam rzemiosło. Lubię ładne rzeczy, ale nie tylko za to, że są ładne. Lubię sztukę użyteczną. Lubię, gdy służy ona człowiekowi nie tylko do zachwytu. |