Wojciech Pszoniak

Wybitny aktor teatralny i filmowy, pedagog, podbijający polskie i francuskie sceny – Wojciech Pszoniak. Rozmawiamy o tym, czy eklektyzm potrzebny jest jedynie w aktorstwie, czy również w życiu, o poszukiwaniu inspiracji, współpracy z Filharmonią Narodową i Teatrem Syrena, a także o tym, czy kiedykolwiek postawiono go w skrajnej sytuacji.

 

Tekst: Kuba Wojtaszczyk
Zdjęcia: Lidia Popiel

 

Powiedział pan kiedyś, że w zawodzie aktora potrzebny jest eklektyzm. Czy przydaje się on też w prywatnym życiu?
To moje powiedzenie wypływa z dwóch rzeczy. Po pierwsze człowiek ze swojej natury jest niezwykle bogaty i różnorodny, przez co ma ogromne możliwości. W związku z tym można powiedzieć, że ma w sobie wszystkie elementy, które – w zależności od okoliczności – mogą się w nim rozwinąć. Jeżeli widzimy kogoś pozbawionego ekspresji, to nie jest genetyka, tak został po prostu wychowany. Dziecko patrzy na twarz matki, matka się uśmiecha, dzięki temu ono uczy się uśmiechać i tak dalej. Krótko mówiąc, to, jak ludzie reagują, jak się zachowują, jest wynikiem pewnych uwarunkowań.

A kolejny powód pańskiego powiedzenia?
Jest nim pewność, że nie byłbym aktorem, gdybym musiał grać ciągle to samo. Oczywiście są aktorzy, którzy tak robią. Jednak dla mnie taka rutyna nie jest ciekawa. Mnie taki sposób myślenia nie interesuje. Przecież najciekawsza jest różnorodność, bogactwo, czy to w aktorstwie, czy w ogóle w człowieku, w życiu. W związku z tym szukam różnorodnych ról. Uświadomiłem sobie, że dla mnie wielkie, ciekawe aktorstwo to jest właśnie eklektyzm. Przecież człowiek z natury jest eklektyczny, tylko trzeba to w sobie odnaleźć i nad tym pracować.

Analizuje pan nowo poznane osoby na rzecz późniejszych inspiracji w tworzeniu kreacji aktorskich?
Nigdy nie instrumentalizuję swoich kontaktów z ludźmi. Dzieje się to automatycznie, instynktownie; gdy mam kontakt z drugim człowiekiem, coś może mnie w nim zainteresować, coś we mnie z niego zapada. Później w różnych sytuacjach aktorskich to do mnie wraca. Jednak nigdy nie patrzę na ludzi z punktu widzenia ich ewentualnej przydatności dla jakiejś roli.

Czy muzyka pomaga, a może bardziej przeszkadza w graniu? W Filharmonii Narodowej wystąpił pan jako sprzedawca niewolników w koncertowym wykonaniu opery Georgesa Bizeta Djamileh…
Chodzi tu o partie mówione, gdzie aktorstwo jest na usługach dzieła muzycznego. To jest zupełnie inny rodzaj aktorstwa, który bardzo polubiłem, choć nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi dane w nim uczestniczyć. Często powtarzam moim studentom: aby być aktorem, należy zapomnieć, że się nim jest. Należy zapomnieć o sobie. Podobnie jak w życiu – gdy człowiek zapomni o sobie, staje się bardziej otwarty na innych; jest w stanie chłonąć ludzi, zrozumieć ich i zrozumieć świat. Sztuka „grania” w filharmonii polega na tym, by nie być „przed postacią”. Jest to bardzo zbliżone do czytania poezji – nie można być „przed poetą”. Tak właśnie czytałem na koncercie teksty Jana Pawła II czy ostatnie słowa Jezusa na krzyżu. W takich momentach, jak już wspomniałem wcześniej, trzeba pozostawić siebie, aby wyszło coś poza kreacją, to coś, co jest wewnątrz człowieka.
Nawiasem mówiąc, bardzo lubię i wolę, gdy twórcy sami czytają swoje wiersze. Mimo że nie zawsze mówią z dykcją, przekazują myśl, sens. Aktorzy, czytając poezję, często ją interpretują i zabijają myśl, która przecież jest najważniejsza…

Z kolei w Teatrze Syrena reżyseruje pan spektakl Nasze żony, w którym gra pan też jedną z trzech ról. Bohater sztuki wyznaje przyjaciołom coś bardzo szokującego, coś, co zaburza ich relację. Czy w prawdziwym życiu był pan kiedyś pozostawiony w takiej skrajnej sytuacji?
Na szczęście los mnie oszczędził. Myślę, że każdy przypadek decyzji, czy wybrać lojalność wobec kogoś, czy raczej moralność, należy rozpatrywać indywidualnie. Tutaj nie ma żadnych reguł, bo i każda ekstremalna sytuacja jest inna, ma zupełnie odmienny kontekst. Dlatego też te wybory są bardzo trudne. Przyjaźń nie może być ponad wszystko. A może jednak może? Wielki znak zapytania.

Często powtarzam moim studentom: aby być aktorem, należy zapomnieć, że się nim jest. Należy zapomnieć o sobie. Podobnie jak w życiu – gdy człowiek zapomni o sobie, staje się bardziej otwarty na innych; jest w stanie chłonąć ludzi, zrozumieć ich i zrozumieć świat.

 

Spektakl we Francji cieszy się wielką popularnością. Myśli pan, że u nas odbiór będzie podobny?
Mam nadzieję, że tak, bo jest to świetnie napisana sztuka. Nasze żony Erica Assousa nie powstały po to, aby lansować jakieś idee, tylko by widz, po obejrzeniu, mógł spojrzeć na swoje życie refleksyjnie. Ta momentami gorzka komedia stanowi pretekst do analizy własnych relacji międzyludzkich, zadaniu pytania o to, czym jest przyjaźń i gdzie są jej granice. Bohaterowie ze sztuki znaleźli się w skrajnie trudnej sytuacji, w której ich przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, a przy okazji na jaw wychodzą różne fakty z ich życia. Nasze żony to teatr ludzki, dlatego też cieszył się we Francji takim powodzeniem, bo dotyczy tak naprawdę każdego z nas.

Zdarza się panu porównywać teatr polski z francuskim?
Francuzi bardzo kochają teatr, chodzą do niego, a widownia zawsze jest pełna. Przede wszystkim francuski teatr jest bogaty, różnorodny – od ambitnego, wysublimowanego, przez one man show, po teatr bulwarowy – każdy może znaleźć coś dla siebie. Ale czy porównuję? Wydaje mi się, że jest to trudne. Francuzi cenią sobie na przykład bogactwo języka, bawią się językiem, ale także dykcja jest dla nich niezwykle ważna. Niestety u nas przynajmniej młodzi aktorzy mają problem z dykcją, emisją głosu, z poprawną wymową. We Francji jest to nie do pomyślenia. Szczególnie w repertuarze klasycznym. W sztukach współczesnych bywa różnie, bo sposób wymowy upodabnia się do tego, który znamy na przykład z seriali telewizyjnych.

Skąd według pana problem z dykcją wśród naszych aktorów?
Największym problemem jest ogólne obniżenie poziomu języka polskiego w społeczeństwie. Winne jest dramatycznie niskie czytelnictwo w Polsce. Kiedyś się MÓWIŁO, wystarczy spojrzeć na wypowiedzi profesora Kołakowskiego, Bardiniego, a nawet generała Jaruzelskiego. Dziś ludzie szczekają, tak jak kiedyś powiedział Różewicz, słuchając radia.

Z kolei rodzime kino wróciło na dobre tory…
Na pewno produkuje się teraz dużo filmów. Sytuacja jest nieporównywalna do tej, która była nawet kilkanaście lat temu. Czy polskie kino jest ciekawe? Na pewno jest w nim dużo tragizmu, nawet w produkcjach kręconych przez młodych reżyserów… Sam szukam filmów artystycznych, które w jakiś sposób sublimują nasze życie, lęki, problemy. Obrazy, jak na przykład Powidoki Wajdy czy Mój Nikifor Krauzego, zostawiają w człowieku ślad.

Wszystkie role wybieram bardzo starannie, nawet te niewielkie. Wierzę w to, że powierzona mi rola staje się materiałem, z którego mogę stworzyć coś ważnego dla odbiorców i siebie.

 

Powiedział pan kiedyś, że w życiu nie ma rzeczy, które są nieważne. A jest jakaś rola, którą uważa pan za zbędną w swojej karierze?
Nie. Wszystkie moje role, niezależnie od długości partii tekstu w scenariuszu, są dla mnie istotne. Wszystkie role wybieram bardzo starannie, nawet te niewielkie. Wierzę w to, że powierzona mi rola staje się materiałem, z którego mogę stworzyć coś ważnego dla odbiorców i siebie. Oczywiście widzowie najbardziej lubią postaci znane czy wyraziste, jak Janusz Korczak, Moryc Welt czy Maximilien de Robespierre. Jednak ja naprawdę w każdej roli odnajduję jakieś wartości, które są we mnie, nawet do teraz.
Uważam, że nie ma doświadczenia, rutyny w sztuce. Te pojęcia są przypisane rzemiosłu. Malarz w swojej sferze artystycznej nie może być doświadczony, bo jako artysta nie mógłby się rozwijać. Dla niego doświadczenie to wiedza, jak pomieszać tę farbę z tamtą, żeby uzyskać odpowiedni kolor czy odcień. To nie dotyczy sztuki, tylko praktyki zawodu. Tak samo jest ze mną jako aktorem. Przyjmuję role, nawet te najmniejsze, wtedy, gdy widzę w nich błysk, bo dzięki temu wiem, że ta rola sprawi mi radość.

Jedna z ostatnich pana kreacji to Felicjan Zuppe w filmie Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy Janusza Majewskiego. Kreacja niebanalna, nagradzana… Czym Zuppe pana początkowo zainteresował?
Kocham postaci z tzw. kluczem. Zuppe ma swoją obsesję i aby go zrozumieć, musiałem poszukać czegoś, co pomogłoby mi wyjaśnić źródło jego fiksacji. W przypadku mojego bohatera z Excentryków tym kluczem okazuje się tajemnica, która nawet po jego śmierci nie zostaje jednoznacznie rozwiązana, reżyser pozostawia pole do swobodnej interpretacji widzom. Nie ma tu niczego dopowiedzianego, jest jedynie „może”. Każdy z nas ma jakieś problemy, z którymi sobie nie radzi. Artyści, na przykład, mogą je skanalizować w sztuce. A co zwykły człowiek, taki jak Zuppe, może z nimi zrobić? Często usilna próba ich rozwiązania prowadzi do nawarstwiania się sekretów, tajemnic. Dlatego też Felicjan Zuppe to świetna postać, która zresztą prócz obsesyjności jest też niezwykle zabawna.

A pan, panie Wojciechu, zawodowo jest już po słonecznej stronie ulicy? Czuje się pan spełniony?
Myślę, że człowiek spełniony to człowiek martwy (śmiech). Dopóki się żyje i chce się żyć, to trzeba mieć przed sobą jakiś sens. Uważam, że uproszczeniem jest mówienie, że długo jestem aktorem. Wraz z każdą kolejną rolą kasuję to, co było przed nią, tak jakbym wszystko zaczynał od nowa. Staram się nie powielać tego, co dotychczas zrobiłem. Nie myślę o spełnieniu, tylko o tym, co mnie jeszcze może zainteresować. To mi daje chęć i siłę.|

 

Wojciech Pszoniak – aktor teatralny i filmowy, pedagog. Urodził się w 1942 roku we Lwowie. Związany ze Starym Teatrem w Krakowie (1968­–72), Teatrem Narodowym (1972–74) i Teatrem Powszechnym w Warszawie (1974–80). Od 1978 roku gra w teatrach francuskich i londyńskich. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, takich jak: Wesele, Ziemia obiecana, Szpital przemienienia, Danton, Korczak, Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł, Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy.

 

  Zupa rybna

To moja ulubiona zupa. Przygotowuje się ją z różnych gatunków ryb morskich (półtora kg) i owoców morza (pół kg), z dodatkiem czosnku, pomidorów, oliwy, pieprzu, szafranu, skórki pomarańczowej i białego wina. W garnku rozgrzewamy oliwę z oliwek, dodajemy pokrojoną w kostkę marchewkę, cebulę, czosnek i natkę pietruszki. Gdy wszystko razem się podsmaży, dodajemy pokrojone w kostkę pomidory. Do garnka wkładamy rybie głowy i zalewamy wodą. Dosypujemy przyprawy (sól, pieprz, papryczkę chili, startą skórkę pomarańczową, zioła prowansalskie, liście laurowe, szczyptę szafranu) i gotujemy przez około 3 godziny na małym ogniu, co jakiś czas mieszając. Ugotowany wywar odcedzamy przez sito, dodajemy filety rybne, podlewamy winem i gotujemy około 15 minut.
Na 5 minut przed końcem gotowania dorzucamy owoce morza. W Marsylii zupę serwuje się ze zrumienioną na patelni grzanką z bułki i rouille, czyli podawanym osobno gęstym sosem z oliwy, żółtek, tartej bułki, czosnku, szafranu oraz ostrych papryczek. Kawałki ryb i owoce morza zwykle podawane są na osobnym talerzu.

0.00 średnia ocena / 0 głosów

1 KOMENTARZ

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
20 + 24 =