Szymon Brodziak

Mój normalny dzień zawsze Black and White

Tekst: MAGDA MASKIEWICZ
ZDJĘCIA: SZYMON BRODZIAK

Szymon Brodziak, rocznik 79, dał się poznać światu jako autor sesji fotograficznych, które pomimo monochromatycznego upodobania
do czerni i bieli, dają widzowi pełne spektrum emocji. Szybkie samochody, piękne kobiety, monumentalna architektura, włoskie dolce vita – komu się zdaje, że to już było, ma rację, było, ale nie w ten sposób. Zastygłe w kadrze, a jednak tętniące życiem, jak tropikalny las po zmroku. Deszcz nagród był więc tylko naturalną konsekwencją talentu i warsztatu Szymona Brodziaka, namaszczonego przez samą June Newton na godnego spadkobiercę talentu jej męża – legendarnego Helmuta Newtona.

Szymon Brodziak jest pierwszym Polakiem i najmłodszym artystą, którego prace w 2015 r. zostały wystawione w Muzeum Fotografii – Fundacji Helmuta Newtona w Berlinie. Uznany za najlepszego fotografa reklamowego roku 2016 według jury międzynarodowego konkursu Prix de la Photographie Paris oraz za najlepszego na świecie fotografa czarno
-białych kampanii reklamowych przez Fashion TV, w kwietniu tego roku sięgnął po główną nagrodę – WORLD’S TOP 10 BLACK & WHITE PHOTOGRAPHERS 2019 platformy One Eyeland. Szymon pewnie kontynuuje swój marsz ku kolejnym zwycięstwom. Johnnie
Walker Keep Walking Award przyznana mu za ciągłe urzeczywistnianie swoich marzeń oraz pasję wyznaczania nowych ścieżek w poszukiwaniu
piękna, wydaje się więc być jak najbardziej na miejscu. Choć w miejscu nikt tu nie zamierza pozostać. Keep Shooting, Szymon!

Jesteś tym, co widzisz – to twoje motto. Pojawia się w każdym wywiadzie z tobą tłumaczonym na angielski, francuski, włoski
czy nawet ormiański. Powtarzasz je na spotkaniach autorskich, otwiera twoją stronę internetową. Co widzisz, gdy patrzysz przez obiektyw aparatu?
Najczęściej kobiety. Nie chcąc cię rozczarować, przyznam jednak, że to nie one mnie inspirują. Są ważne, stanowią oś, wokół której buduję narrację
zdjęcia, ale punktem zapalnym jest miejsce, wycinek rzeczywistości, o którym myślę, co mogłoby się tam wydarzyć. Uwielbiam światło dzienne, zastane przestrzenie. Doskonały kadr mogę zobaczyć niemal wszędzie i dopisać do niego historię. I gdy mam ten doskonały kadr…

Umieszczasz w nim kobietę?
Bardzo często. Kobiety są początkiem wszystkiego. Bez kobiet nie byłoby nic. Piękno jest ważne, ale ważniejsza jest dla mnie tajemnica. Uroda to za mało. Modelki, z którymi pracuję, muszą umieć grać, to wymaga inteligencji i umiejętności zdystansowania się od własnego ciała i wizerunku. Użycia tego ciała w taki sposób, by móc wejść w interakcję z fotografowanym
obiektem, na przykład luksusowym samochodem. To nie jest łatwe zadanie wypracować więź emocjonalną z samochodem.

Dla kobiety nie wątpię. To męska domena.
Zmienisz zdanie, gdy zobaczysz cykl zdjęć dla Rolls Royce’a. Historia wydarzyła się na lotnisku Ławica w Poznaniu, w hangarze dla prywatnych samolotów. W nim rozegrały się wszystkie sceny tej sesji. Jeden hangar, jedno auto, jedna modelka – milion znaczeń.
Moje zdjęcia są mocno narracyjne. Traktuję je jak pojedyncze filmowe kadry, którym towarzyszy aura niedopowiedzeń. Potrzebuję bohaterek tych opowieści, by dać odbiorcy materiał wyjściowy dla jego wyobraźni. Niedokończony film. To w oczach patrzącego rozgrywa się cała reszta. W centrum mojego czarno-białego wszechświata jest kobieta, ale najważniejsze nie jest to, co ja widzę, lecz to, co widzą odbiorcy.

Żyjesz otoczony przez kadry. Natręctwo?
Nieomal. Podam ci przykład. Przed moim domem rośnie żywopłot, który ambitnie, gdy czas na to pozwala, własnoręcznie przycinam. Za każdym razem, gdy kosiłem ten żywopłot, widziałem w wyobraźni jak piękna kobieta wpada w niego z impetem. I tak, strzygąc gałęzie, miesiącami myślałem, jak zrealizować swój pomysł. Gdy wreszcie wiedziałem jak, nastał grudzień. I to było to! Grudniowy poranek, stalowe światło, liście opadły, w miejsce bujności wdarła się szorstkość, a w tę szorstkość Magda. Trochę boli, gdy patrzy się na to zdjęcie, ale Magda przeżyła sesję.

Słowa uznania dla Magdy, ale to, co zrobiłeś z Leonorą Jiménez, nie szukajmy daleko, to crash testy ze współczesną Barbarellą. Twoich zdjęć się nie ogląda, je się czuje. Są chropowate, pełne tekstur i znaczeń. Wszystko w nich pulsuje napięciem niedopowiedzeń lub eksploduje energią. Powietrze albo robi się ołowiane, albo wibruje i drga. W przypadku słynnej sesji na złomowisku, ze wspomnianą wyżej Leonorą, odruchowo chce się osłonić oczy przed rozpryskującym się szkłem i zatkać uszy, by stłumić chrzęst ton zgniatanego
metalu i złowrogie pomruki wielkich maszyn, które sięgają pomiędzy sterty stali i aluminium, by dobyć z nich ponętne, kobiece ciało. Po tym wstępie pytanie
będzie krótkie – jak?
Akurat w przypadku sesji na złomowisku nie tak prędko. Był to najbardziej skomplikowany artystycznie, logistycznie, scenograficznie, a nawet atmosferycznie projekt poprzedzony 6-miesięcznymi przygotowaniami. Pół roku ustaleń, uzgodnień, briefów, szkiców, spotkań. Wszystko rozrysowane drobiazgowo na dziesiątkach storyboardów, każdy detal zaplanowany i dopracowany do perfekcji. Plener zupełnie nieprzewidywalny, pośród ton metalowych odpadów toczył się zwykły dzień pracy. Zwróć też uwagę jak skomplikowane
nakrycia głowy, maski czy gorsety nosi modelka – i to wszystko musieliśmy zamknąć w jeden dzień zdjęciowy. Ponieważ pracuję tylko przy świetle dziennym, tempo naprawdę było zabójcze; 30 minut na jedno zdjęcie, by wyjść z 13 mocnymi kadrami. W międzyczasie paliło nas słońce, smagał deszcz i szarpał wiatr. Fotograficzny survival, ale było warto.

Zdecydowanie. Doszedłeś do miejsca w zawodowej karierze, w którym masz pełną swobodę kształtowania tego, co robisz. Słuchając cię podczas twojego
wieczoru autorskiego w Vivid Gallery we Wrocławiu, szczególnie zapamiętałam historię spotkania z June Newton, wdową po legendarnym Helmucie Newtonie,
która nie tyle okazała się matką chrzestną twojego międzynarodowego sukcesu, bo jestem przekonana, że był ci pisany, co autoryzowała twoją twórczość jako artysty obdarowanego wyjątkowym talentem, indywidualnym stylem i charyzmą,
otwierając przed tobą szeroko drzwi berlińskiej Helmut Newton Foundation. Jesteś najmłodszym artystą, któremu się to udało.
Helmut Newton – ikona fotografii modowej i portretowej, powołując swoją fundację i przestrzeń wystawienniczą, ustalił formułę trzyczęściowej ekspozycji prac wybranych artystów. Jego wyraźnym życzeniem było, aby jego fotografie były prezentowane z tymi tworzonymi współcześnie. W ten sposób, 4 czerwca 2015 roku, Brodziak zawisł obok Newtona i Horvata. Magia. Jednak zanim to było możliwe, miało miejsce moje spotkanie z June Newton w jej apartamencie w Monte Carlo. I tam było mniej magicznie,
a bardziej dramatycznie. To, że zależało mi, by zrobić na June świetne pierwsze wrażenie,
jest oczywiste, tak jak i to, że wiedziałem, że zostanę poddany ocenie w kontekście swoich dotychczasowych osiągnięć. Może nie była to decyzja zamykająca się w geście kciuk w górę, kciuk w dół, ale z całą pewnością był to przełomowy moment w mojej
karierze. Gdy już więc cały odświeżony i odprasowany wybierałem się na popołudniową herbatkę do June Netwon, ze zgrozą zauważyłem, że album z moimi zdjęciami, który
zamierzałem jej wręczyć, ma dramatycznie zagiętą pierwszą stronę, co pewnie przydarzyło się w walizce. Spanikowany zapytałem mojego ówczesnego gospodarza, co robić, bo takiego prezentu nie chciałem wręczać. Gospodarz ze stoickim spokojem, przywołał pokojówkę i polecił jej wyprasowanie zagiętej strony. Nie wiem, czy mówić dalej, ale trójkątna stopa żelazka na stronie otwierającej album nie była spełnieniem moich
wyobrażeń o idealnym prezencie.

Jedyny komentarz, który przychodzi mi teraz do głowy, nie nadaje się do druku.
Właśnie.

Poszedłeś?
Tak.

Wręczyłeś?
Tak. A June dopisała, na pierwszej nie wyrwanej przeze mnie stronie, swoją dedykację: To wish you well on your long journey that will be a happy one.

Najlepsze zakończenie czarno-białego filmu, jakie mogę sobie wyobrazić.
Dokąd teraz? Jakie wyzwanie sobie stawiasz?
Na ten moment moje fotograficzne marzenie to Kalendarz Pirelli. Marzenia traktuję jak cele z datą realizacji. Dlatego Brodziak dla Pirelli to tylko kwestia czasu. Poza tym,
intensywnie pracuję nad nowym albumem, którego projekt dopiero co zdobył Złoty Medal w Paryżu. Jego premiera zaplanowana jest jesienią tego roku, a przedsprzedaż online na mojej stronie już wystartowała.

Brodziak dla Pirelli oznacza pierwszy egzemplarz wysłany do Królowej
Elżbiety II. Trzymam kciuki, by nikomu nie przyszło do głowy biegać po pałacu Buckingham z żelazkiem. Chociaż to dla ciebie dobry omen.
Oby tak było!

Na koniec chciałabym zrobić tobie to, co ty Leonorze – szybki crash test, ale
osobowości. Obiecuję, że nikt nie ucierpi. |

DAYS IN BLACK AND WHITE

text: MAGDA MASKIEWICZ
photos: SZYMON BRODZIAK

Born in 1979, Szymon Brodziak is known around the world for
taking photos which convey a full range of emotions, despite
being monochromatic. Fast cars, beautiful women, monumentalist
architecture, ‘la dolce vita’ – some may think they’ve seen it all before, but not like this. Frozen in the photographic frame, yet vibrant as a tropical forest after dark. It was only natural that Szymon Brodziak should be showered with
praise and awards, culminating in June Newton dubbing him the worthy successor to her husband – the legendary Helmut Newton.

In 2015, Szymon Brodziak became the first Pole and the youngest artist to have had his
works exhibited at the Museum of Photography – Helmut Newton Foundation in Berlin. He was recognized as the best advertising photographer of 2016 by the jury of the International Prix de la Photographie Paris, and as the world’s best photographer of black and white advertising campaigns by Fashion TV. In April this year he also won the main prize at One Eyeland’s WORLD’S TOP 10 BLACK & WHITE PHOTOGRAPHERS 2019. Szymon will no doubt continue to go from strength to strength. The Johnnie Walker Keep Walking
Award, awarded to him for the constant fulfillment of dreams and the passion for
setting new paths in the search of beauty, is most fitting and one waits to see where he
goes next. Keep shooting, Szymon!

Your motto, „You are what you see” has popped up in interviews in English, French, Italian and even Armenian. You’ve said it again and again and it’s the
first thing one sees when they visit your website.
What do you see when you look through the camera lens?
Usually women. I must admit that they don’t inspire me, I’m sorry to say. Of course, they are important. They form the axis around which I construct the narrative of a photo, but the starting point is the place, a slice of reality, and the possibilities of what might happen there. I love daylight and real spaces. I can find the perfect shot and tell a story wherever I am. When I have the perfect shot, well …

… you put a woman in it?
Often I do. Women are the beginning of everything. There would be nothing without women. Beauty is important, but mystique is more important to me. Beauty is not enough. The models I work with must be playful, intelligent and have the ability to distance themselves from their own bodies and image. They need to know how to use the body to interact with the object being photographed, such as a luxury car. It’s not easy to develop an emotional bond with a car.

Especially for a woman. After all, it’s a male thing, isn’t it?
You’ll change your mind once you’ve see my Rolls Royce shoot. The narrative unfolded in a private plane hangar at Ławica airport in Poznań. All the shots were done there – one hangar, one car, one model and a million meanings. My photos are filled with stories. I treat them as understated stills from a movie. I need the heroines of these stories to trigger an idea in the viewer. It’s an unfinished movie and it is up to viewer to fill in the gaps. Everything is in the eyes of the beholder. At the center of my black and white universe is a woman, but the most important thing is not what I see, but what the
viewer sees.

You see the world through the lens of your camera. Is it an obsession?
Almost. I’ll give you an example. There’s a hedge growing in front of my house, which I like to trim nieprzewiwhenever I have the time. Every time I do, I picture a woman falling into it with incredible force. As branches piled up, I spent months thinking about how to realize my vision. I finally came up with a solution in December. And that was that! Picture this: a December morning, a steel light, a scattering of flowers, luxury that gives way to courseness and in it … Magda! You can feel her discomfort when you look at the photo, but Magda survived.

Lucky Magda! But what about Leonora Jiménez?
You took a modern-day Barbarella and turned her into a crash-test dummy. One doesn’t see your photos, one feels them. They are rough, full of texture and meaning. Everything in them pulsates with an understated tension or explodes with energy. The atmosphere is heavy, or it trembles and vibrates. In the case of the famous junkyard shoot with Leonora, one wants to shield one’s eyes from
the flying glass. One is almost driven to plug one’s ears to muffle the sound of crushed metal and the sinister murmur of heavy machinery hauling steel and aluminum aside, as if to uncover Leonora’s feminine allure. Put simply: How do you do it?
There was nothing spontaneous about those junk yard sessions. Six months of preparation went into what would become the most artistically, logistically, scenographically and even atmospherically challenging project I’ve worked on. Half a year of planning, negotiations, deals, briefs, sketches and more meetings. Everything had to be meticulously worked out on dozens of storyboards, with every detail planned and refined to perfection. Our working day became an unpredictable outdoor adventure surrounded by tonnes of scrap metal. And don’t forget the complicated headgear, looks, masks and corsets the model had to wear – all in a single day! I only work in daylight, so the pace was frantic, with only 30 minutes per set-up to make sure we walked away with 13 good shots. The sun burnt us, then the
rain soaked us to the bone before the wind came and blew a gale. It was like an episode of SURV IVAL … at a photo shoot! But it was worth it.

Definitely. You have arrived at a point in your career where you have complete freedom in what you do. Listening to your recent speech in Wrocław, I was struck by your account of your meeting with June Newton, the widow of the legendary Helmut Newton, who, to a greater or lesser degree, turned out to be your guardian angel in your quest to achieve international success. With your unique
talent, individual style and charisma, it seems it must have been destiny that led the Helmut Newton Foundation in Berlin to open up its doors to you. You are the youngest artist to be granted that honour.
Helmut Newton – an icon of fashion and portrait photography – established his foundation and exhibition space, as well as the formula of a three-part exhibition of selected artists’ works. His clear wish was that his photographs should be presented alongside those created by today’s artists. That’s how, on 4 June 2015, Brodziak hung next to Newton and Horvat. It was magic! However, before that could happen, I had to meet June Newton at her apartment in Monte Carlo. That was less magical and more dramatic. The fact that I wanted to make a great first impression on June is obvious, as well as the fact that
I knew that I would be assessed in the context of my previous achievements.
It was in no way a simple case of thumbs up or thumbs down, but it was a turning point in my career. All spruced up, I was about to head off for afternoon tea with June Netwon,
when I saw in horror that the first page of the album of photographs I intended to give her was badly creased. It must have happened in my suitcase. I panicked and asked my host
at the time what to do, because I didn’t want to present it to her like that. My host stoically summoned the maid and asked her to iron the creased page. I don’t know whether
I should continue telling this story, but suffice it to say a portfolio with the triangular imprint of an iron on the front page was not what I had in mind.

The only comment that comes to my mind right now is unprintable.
Quite!

Did you go in the end?
Yes.

And did you present it to her?
Yes. And June added a dedication on the first page that I hadn’t pulled out.

The best ending to a black and white film I can imagine. Where to now?
What challenges lie ahead?
At the moment, it’s my dream to be in the Pirelli Calendar. My dreams are
goals with a deadline. That’s why Brodziak in Pirelli is just a matter of time.

The first copy is sent to Queen Elizabeth II . I’ll keep my fingers crossed that there isn’t anybody running around Buckingham Palace
with an iron. That said, it seems to be a good omen for you.
If only!

To finish up, I’d like to do a quick crash test with you, just as you did with Leonora. I promise you won’tget hurt. |

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes