Zdarzyło się to personalna historia i manifest polityczny. O głośnym zwycięzcy festiwalu w Wenecji, podejmującym temat aborcji, rozmawiamy z reżyserką i współautorką scenariusza Audrey Diwan oraz główną aktorką Anamarią Vartolomei.

 

Tekst: Michał Kaczoń

 

Twój film jest jednym z niewielu, które opowiadają o aborcji z kobiecej perspektywy. Czy sądzisz, że dodaje to tej historii wymiaru politycznego?
Audrey Diwan: Ta historia była dla mnie od początku niezwykle intymna i personalna, ale chyba rzeczywiście w pewnym momencie przerodziła się w bardziej polityczną. Muszę przyznać, że sama zainteresowałam się tą opowieścią, gdy decydowałam się dokonać aborcji. Chciałam przeczytać wszystko na ten temat, zgłębić tę sprawę. Znajoma poleciła mi powieść Zdarzyło się Annie Ernaux. Byłam zaskoczona, gdyż znałam tę pisarkę i bardzo lubiłam jej powieści, ale o tej nigdy wcześniej nie słyszałam. Potem okazało się, że z powodu podjętego tematu, media celowo nie informowały, że została wydana. Już samo to wydało mi się polityczne. Celowo ukryto jej istnienie. To było ponad dwadzieścia lat temu, ale mam wrażenie, że we Francji wciąż niewiele się zmieniło. Wciąż nie rozmawiamy wystarczająco dużo o legalnej i nielegalnej aborcji.
Kiedy sięgnęłam po książkę, szybko zorientowałam się, jak wielka jest różnica pomiędzy legalną aborcją a praktykami, o których czytałam. Wciągnęła mnie niczym najlepszy intymny thriller z elementami horroru. Byłam przerażona i zaintrygowana tym, co czytałam. Nielegalna aborcja była dla mnie tylko frazesem. Czytając Ernaux, poczułam wszystkie emocje towarzyszące tysiącom kobiet, które zdecydowały się na ten zabieg. Osamotnienie, przerażenie, przemoc. Historia tej dziewczyny została ze mną na długo. Zainspirowała mnie jej droga ku wolności oraz sposób, w jaki decyduje się przejąć kontrolę nad własnym ciałem, że chce przeżywać przyjemność seksualną i chronić swoje ambicje intelektualne, a także to, co robi, gdy podejmuje decyzję. Byłam wstrząśnięta.
Jeśli chodzi o męską i kobiecą perspektywę, to powiem, że jestem wielką fanką filmu Cristiana Mungiu 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, podejmującego ten sam temat. Rozpoczynając pracę nad swoim filmem, zdałam sobie sprawę, że stawiam złe pytania. Początkowo bowiem zastanawiałam się, po co ja właściwie robię Zdarzyło się, skoro Mungiu nakręcił już o tym wspaniałe dzieło. Potem dotarło do mnie jednak, że ja przecież nie opowiadam tej samej historii. Francja w latach 60. to nie Rumunia za Ceaușescu, a my potrzebujemy zarówno męskiej, jak i kobiecej perspektywy. Zorientowałam się wtedy, jak bardzo polityka niemówienia na temat aborcji zmieniła mój punkt widzenia. Dlaczego ja w ogóle zastanawiam się, czy jako kobieta mam prawo nakręcić film na ten temat? Dotarło do mnie, że milczenie jest kluczem dla działania opresyjnych systemów i chroni ideę głoszącą, że kobiety nie mogą decydować o sobie. Zrozumiałam, że mam nie tylko prawo, ale i powinność opowiedzieć tę historię.

Audrey Diwan

Twój film jest dość wierną adaptacją powieści Annie Ernaux. Co sprawiło, że chciałaś opowiedzieć tę historię na ekranie?
A. D.: Najbardziej zależało mi na oddaniu wszystkich emocji bohaterki, nie tylko osamotnienia i strachu, które towarzyszyły sytuacji. Aborcja była wtedy nielegalna, groziła więzieniem, kobiety musiały wiedzieć, komu mogą zaufać i w ogóle powiedzieć o swoim problemie. To bardzo silnie wpływało na mnie, gdy czytałam powieść i zależało mi, żeby wiernie oddać to na ekranie. Chciałam uchwycić także jej determinację i wewnętrzną siłę. To, że się nie poddawała.

Zdecydowałaś się zakończyć film w nieco inny sposób niż książka. Chodzi mi o użycie cytatu z Victora Hugo jako klamry dla opowieści. Dlaczego był tak ważny?
A. D.: Prowadziłam wiele rozmów z Annie na temat mojego podejścia do tej historii. Umówiłyśmy się, że przemycę w filmie wszystkie teksty kultury, które są dla mnie bardzo ważne. Cytat z Victora Hugo jest niezwykle polityczny i mówi o tym, że przede wszystkim powinny liczyć się jednostki. To dla mnie bardzo ważne przesłanie.

Film nakręciłaś w specyficzny sposób – na bardzo ciasnych zbliżeniach, celowo nie pokazując zmieniającego się ciała bohaterki.
A. D.: Naszym głównym założeniem z operatorem Laurentem Tangym było uchwycenie sposobu patrzenia na siebie samą przez główną bohaterkę. Zależało nam, żeby pokazywać rzeczywistość oczami Anne. Zastanawiałam się, w jaki sposób patrzy na swoje ciało, jak je widzi, czego stara się nie dostrzegać, a co od razu rzuca jej się w oczy. Zależało mi także, aby nie seksualizować ciała. W końcu, gdy patrzymy na siebie, robimy to zwykle w neutralny sposób. Dopiero w momencie zbliżenia chcemy, by postrzegano je w sposób seksualny.
Dużo pracowaliśmy z Laurentem nad tym, jak najlepiej oddać subiektywne stany bohaterki i pokazać je za pomocą zdjęć. Ważne było też, aby znaczącą część tej opowieści wyrazić właśnie mową ciała oraz sposobem jego pokazywania na ekranie. Zastanawialiśmy się, co kryje się we wnętrzu tej cichej i spokojnej dziewczyny. Jak zachowuje się, siedząc sama w ciszy. Zależało nam, by dostrzegać jej oczy, próbować zrozumieć, co oznacza jej uśmiech, bądź jego brak, jak reaguje jej ciało na poszczególne sytuacje. Ciało miało być zawsze w centrum kadru, miało być naszym drogowskazem do stanów wewnętrznych bohaterki.

Anamario, a jak ty czułaś się z tym, że kamera była tak blisko ciebie?
Anamaria Vartolomei: Dość szybko się do tego przyzwyczaiłam. Kamera stała się dla mnie czymś tak naturalnym, jak własny cień. Jej obecność w ogóle mi nie przeszkadzała. Co więcej – od pewnego momentu miałam wręcz wrażenie, że staje się rodzajem zasłony ochronnej pomiędzy mną a otaczającym światem. Także pracę z operatorem wspominam bardzo dobrze.

Chciałem zapytać o sceny procedur medycznych oraz scenę w toalecie. Dlaczego tak ważne było, żeby pokazać je tak naturalistycznie?
A. D.: Bardzo zależało mi na tym, aby oddać prawdę i rzeczywistość. Nie chciałam szokować widza. Chciałam jak najlepiej i najbardziej wiarygodnie oddać te momenty i towarzyszące im uczucia bohaterki. Wiele czasu zajęło mi znalezienie sposobu na osiągnięcie odpowiedniego efektu. Jeśli scena będzie za krótka, nie wpłynie odpowiednio na widza. Jeśli za długa, widz może uznać ją za szokującą czy niepotrzebnie prowokacyjną. Chciałam po prostu pokazać jej ból i cierpienie i sprawić, że widz też poczuje te emocje. Film miał być przeżyciem i doznaniem, nie tylko zapisem wydarzeń. Chciałam zachęcić do dyskusji, a nie szokować dla samego szokowania. Wydaje mi się, że finalnie nam się to udało, ale kosztowało wiele pracy. Zależało mi, żeby te sekwencje kręcić w czasie rzeczywistym, bez cięć, czas był dla nas kluczowy.

Jak przygotowywałyście się do sceny w toalecie?
A. D.: Zależało nam, aby jak najmniej się do niej przygotowywać. To znaczy – nie ogrywać jej nadmiernie na próbach tylko spróbować uchwycić tę scenę „na żywioł”. Szybko jednak okazało się, że ten pomysł nie wypalił i że potrzebna jest konkretna choreografia, dokładny przebieg wydarzeń. Po prostu usiadłam naprzeciwko Anamarii i razem odegrałyśmy tę scenę, patrząc na siebie jak w odbiciu lustrzanym. Razem grałyśmy te same emocje. Powiedziałam jej, żeby poczuła się tak, jakby zabrakło jej tlenu. Próbuje złapać oddech, ale tlenu jest coraz mniej. Taki był mój wyjściowy pomysł na ten kluczowy moment, który wciąż jest niedoreprezentowany na ekranie.

A. V.: Pamiętam, że czułam ogromną presję przed nakręceniem tej sceny. Zwłaszcza, że tak jak wspomniała Audrey, celowo jej wcześniej nie ćwiczyłyśmy. Wiedziałam, jak znaczący jest to moment i jak szcze­gółowo został opisany w książce. Próbowałam nie sugerować się samą powieścią, bo chciałam stworzyć własną interpretację tej postaci, ale akurat te opisy ciągle pojawiały się z tyłu mojej głowy. Bardzo dużo rozmyślałam o tym momencie, więc kiedy weszłam na plan, wiedziałam dokładnie, co chcę zrobić. Po pierwszym ujęciu okazało się jednak, że ten pomysł nie wychodzi. Musiałyśmy go zmienić. Trudno było mi pozbyć się mojego pomysłu z głowy i zdekonstruować tę scenę, którą budowałam przecież w swojej głowie od miesięcy. Nie było łatwo zburzyć tę koncepcję i zacząć od nowa. Finalnie jednak się udało i sądzę, że osiągnęłyśmy satysfakcjonujący efekt.

Rozmawiamy o Zdarzyło się jak o filmie politycznym. Jak ten kontekst twoim zdaniem przejawia się na ekranie?
A. D.: Chodzi raczej o rodzaj reakcji, jaką może wywołać. Już podczas konferencji prasowej po premierze w Wenecji zdarzyło się coś, na co byłam gotowa. Jeden z dziennikarzy powiedział wprost, że jest przeciwny aborcji. Jego zdanie otworzyło jednak dalszą dyskusję na temat praw reprodukcyjnych jako takich. Wiedziałam, że film ma trafić właśnie do różnych środowisk i osób o zróżnicowanych poglądach. Tworząc go, zastanawiałam się, jak zareagują osoby, które są przeciwne aborcji i samostanowieniu kobiet, oglądając podróż tej dziewczyny i współodczuwając jej emocje. Czy nadal będą tego samego zdania? Wiem, że nie zmienię przekonania w półtorej godziny, ale zależało mi na pobudzeniu dyskusji, otwarciu tego tematu dla szerszej publiczności. I ten przykład pokazał, że chyba mi się udało. |