Specjalista od niższości

Pierwsza kompletna biografia Witolda Gombrowicza autorstwa Klementyny Suchanow nie mogła zostać wydana w lepszym momencie. W politycznym tumulcie ostatnich lat wykuwa się nowa polskość. To dokładnie ta sama sytuacja, którą Gombrowicz opisywał w Ferdydurke.

 

Tekst: Andrzej Romanowski

 

Monumentalną, dwutomową biografię Witolda Gombrowicza Ja, geniusz czyta się fantastycznie. Jej autorka, filolożka i literaturoznawczyni rodem z Wrocławia, ma nie tylko zmysł do słów, ale też ogromną wiedzę, narzędzia badawcze i wyobraźnię. Ta ostatnia pozwala jej tak modulować snutą przez nią historię, by co i rusz przyciskała, jak to się mówi, właściwe guziczki, przyciągając uwagę czytelnika od coraz to nowej strony.
A Gombrowicz potrafi fascynować. Nie tylko lub wręcz nie tyle swoim geniuszem, co właśnie swoją zwykłością. Suchanow uchwyciła to znakomicie, od pierwszych stron biografii budując nie tylko Postać, ale i Przypadek. Gombro ze swoim życiorysem zmieszczałego ziemianina, z biedermaierowskimi salonikami w tle i kartą emigranta jest przecież ikoną Polaka, miotany losami łudząco podobnymi do tysięcy i tysięcy innych (los Gombrowicza od losu Polski i Polaków ostatecznie odszczepi się dopiero po latach spędzonych we Francji, gdy otoczą go Rita i gromadka wyznawców, za to Ojczyzna, niezdolna wybaczyć największej zbrodni – samowystarczalności – od Gombrowicza się odżegna).
Ale zacznijmy od początku. Gombrowicz przychodzi na świat w dość zamożnej rodzinie, w której szlacheckie korzenie (wieś) walczą o lepsze ze smykałką do interesów (miasto). Długo się nie wyzbędzie odpowiednika tego, co dziś nazywamy kompleksem „słoika“. Neurotyczne załamania, gdy warszawska bohema nie wykaże należytego zainteresowania jego osobą, a potem stawanie na głowie, aby wciągnąć młodych do własnego kręgu, to jedno. Inna rzecz, to sposób przeżywania relacji z innymi ludźmi.
Suchanow pisze, że „erotyzmem Gombrowicza kieruje chyba nie tyle płeć partnera, ile młodość (dwadzieścia lat to już za dużo), świeżość i niższość“ – ale jednocześnie chciałby w miłości czegoś „bezcennego“.

Do tego dochodzi wyssana z mlekiem matki przedziwna mieszanka postępowości z konserwatyzmem. Tu znowu przychodzi nam z pomocą Suchanow: „Emancypacja i konserwatyzm? Emancypacja zaspokaja głód intelektualny Antoniny i godność kobiecą, konserwatyzm wynika z dumy, komfortu życia, a przede wszystkim z religii. Oba elementy współistnieją w niej w niekonsekwentnym połączeniu. Chce być niezależna, a jednocześnie przyjmuje pozę matrony o niezłomnych zasadach, która spełnia swój obowiązek i poświęca się dla rodziny.“ Sam Gombro też się będzie miotać między sympatią dla postępu i wolności, a przywiązaniem do wygody i tradycji.
Pół biedy, gdyby był stanie ustalić sobie jakiś kurs i się go trzymać – choćby i konsekwentnie milcząc, jak Iwona, księżniczka Burgunda. Zamiast tego przez całe życie będzie zarazem pogardzać konwenansami i się nimi posługiwać, zasłaniać. Być może uwolni go od związanej z tym męki dopiero swoista, wieloletnia terapia – pisanie dzienników.
Ludzi Gombrowicz boi się, pogardza nimi, fascynują go i nadają jego życiu sens. Samotność jest udręką (studium tego zjawiska znajdziemy w Kosmosie), a towarzyskość – torturą (Pornografia). Gombrowicz przejmował się piętrowo – tym, co o nim się pomyśli, co nie zostanie zauważone, jak to wszystko zostanie odebrane… Prawdziwa neurotyczna osobowość swoich czasów! A jednocześnie ten niezwykle surowy wewnętrzny krytyk okazał się doskonałym obserwatorem. Choć Gombrowicz nie był zdolny do tego, by docenić samego siebie, to opisy przeżyć, które dał choćby w Ferdydurke, uderzały czytelników akuratnością.
Konstanty Jeleński, jeden z największych polskich krytyków literatury, wspominał, że jeszcze jako nastolatek czytał Ferdydurke „jak list“ – „nie tylko zaadresowany do mnie, ale mówiący o mnie. Jakby ktoś wprost do mnie mówił. Był to wierny opis mojego życia. Przygody bohatera tej podróży inicjacyjnej, jaką jest Ferdydurke, toczyły się w tym samym środowisku co moje. Rozpoznałem w nich samego siebie, moją rodzinę, moją szkołę, moje środowisko, mój kraj, i wszystko zostało naświetlone i zinterpretowane”.
Ferdydurke, w którego świecie krzywych zwierciadeł czytelnicy odnajdują się i dzisiaj, w drugiej połowie lat 30. w Polsce był jak otwarcie okna w dusznym pokoju. Gombrowicz musiał to przeczuwać, a jednak, kiedy zaufany przyjaciel, Bruno Schulz, skrytykuje nową książkę, mówiąc, że poprzednie jego utwory były lepsze i powinien się trzymać tego, co mu dobrze wychodzi, Witold pokornie go wysłucha: „Siedziałem na krześle, coś tam z głupia frant przebąkując, a w duchu przyznawałem mu rację. Nie byłem na wysokości.
Ja, specjalista od niższości, byłem też poniżej własnego utworu, ja, osoba prywatna, jakiś tam Gombrowicz wiejsko-miejski…”

Na szczęście niebawem przetrzeźwiał. Książka, która już na zawsze naznaczy polską i światową kulturę, ukaże się jakiś rok po całym zajściu, w 1937. I zdumiewające, i zarazem oczywiste wydaje się, że ten sam pisarz „nie na wysokości“ w 1969 roku będzie otwarcie mówił o swoich szansach na literacką nagrodę Nobla. Owszem, niebezpodstawnie, ale jakże skrajnie to różne od patologicznej skromności z przedwojennej Warszawy! Jeleński, który w 1937 r. pożerał Ferdydurke jak list pisany do samego siebie, napisze o noblowskich pretensjach Gombrowicza: „chodziło mu o Nobla, żeby było »jego na górze« (dlatego że miał takie trudności z jakąkolwiek inną formą kontaktu z ludźmi – dlatego że był niekochany i nie umiał »kochać«, mimo że wiedział – a może właśnie dlatego – »o co w tym chodzi«). To nie jest psychoanaliza na poziomie concièrge. Jego żądza Nobla była prawdziwym désir – pożądaniem…”
Niestety, ewentualnej Nagrody Nobla Gombrowicz nie dożył. Choć na pewno na nią zasługiwał. Gombrowiczowska umiejętność uchwycenia tego, co powszechne w tym, co indywidualne lub wręcz dziwaczne, pozwala do dziś niektórym badaczom traktować pisarza… jak socjologa. „Upupianie“, „dorabianie gęby“, „łydka“, „rozmemłanie“ to nie tylko cytaty, ale przede wszystkim narzędzia trafnej analizy psychospołecznych sytuacji, jakie przytrafiają się każdemu z nas. Gombrowiczowska „forma“ dziś nazywana jest w naukach społecznych „przemocą symboliczną“. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie czuł się przedziwnie sfrustrowany tym, że „nie pasuje“, „nie dorasta” do jakiejś sytuacji – i kto wówczas sam się nie opanował, nie wyparł poczucia niesmaku i niechęci, żeby raczej zgadywać, czego się od niego oczekuje…
Geniusz Gombrowicza polegał na tym, że zdecydował się to wyznać. Po czarodziejsku umiał opisać udręki czekania na potwierdzenie, czy się spełniło te niepisane wymogi społeczne czy nie. A niestrudzona ciekawość innych ludzi pozwoliła mu w końcu upewnić się, że nie on jeden dręczy się, czeka i cierpi – że każdy nas na swój sposób jest specjalistą od niższości. |

Korzystałem z dwutomowej biografii Gombrowicz. Ja, geniusz autorstwa Klementyny Suchanow, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017