Szukam muzyki w sobie

Tekst: BEATA STYLIŃSKA
ZDJĘCIA: MICHAŁ ZAGÓRNY

Maestro Andrzej Boreyko przejmuje w nowym sezonie 2019/2020 dyrekcję
artystyczną Filharmonii Narodowej w Warszawie. Czy i czym zaskoczy publiczność?
O swoich muzycznych fascynacjach, filozofii pracy z orkiestrą i repertuarowych wyborach opowiada Beacie Stylińskiej.

W wywiadzie, podczas pracy z I, Culture Orchestra, powiedział pan, że trzeba uczyć muzyków, żeby polubili muzykę w sobie, a nie siebie w muzyce. Co dokładnie miał pan na myśli?
Ta uwaga dotyczyła orkiestry młodzieżowej, a więc muzyków, o których jeszcze nie wiadomo, czy zostaną w zawodzie. Ale patrząc przez pryzmat trzydziestu lat
pracy w różnych krajach, z muzykami o różnej mentalności widzę, że duża część z nich traktuje grę w orkiestrze przeważnie jako pracę, jako zarobek. Ich życie zaczyna się
dopiero wtedy, gdy ta praca się kończy. Moim celem jest, aby praca była życiem, aby muzyk cieszył się na myśl, że dzisiaj w Filharmonii będzie próbował na przykład symfonię Mahlera. Nieustannie walczę z rutyną w sobie, ale oczywiście także w ludziach, z którymi współpracuję. Jest to idealizm, ale będę starał się pracować w taki sposób, żeby muzykom chciało się przychodzić na próbę, żeby próba była ważną częścią ich szczęśliwego życia.
Muzyk na przykład w kwartecie próbuje z innym nastawieniem niż w orkiestrze. Orkiestra w pewien sposób niweluje jednostki i jest to socjologiczny fenomen.
Każdy instrumentalista odgrywa tu istotną rolę, ale jest tylko częścią całości, częścią mechanizmu orkiestrowego. A kiedy próbuje i wykonuje z przyjaciółmi muzykę
kameralną, to odbiera siebie samego jako solistę. Podam taki przykład: w Symfonii Dvořáka Z Nowego Świata tuba gra ledwie 11 nut w drugiej części, ale bez tuby nie można
zagrać tej symfonii, ten tubista jest absolutnie niezbędny. A ktoś, grający w pierwszych skrzypcach przy ostatnim pulpicie, może pomyśleć, że bez jego udziału nic się nie zmieni. Dla mnie, jako dyrygenta, każdy muzyk w orkiestrze jest jednakowo ważny.

Jak zaczęła się pana muzyczna droga, od razu od muzyki klasycznej?
Gdy byłem studentem najpierw szkoły chóralnej, potem konserwatorium w Petersburgu, muzyka klasyczna nie była jedyną, której słuchałem. Interesowała mnie wtedy
również muzyka rockowa, jazz, ale dostęp do tych gatunków był bardzo trudny. Przyszła pierestrojka, wszystko się zmieniało. Gdy nie miałem pracy, grałem z kolegami rocka, przede wszystkim w stylu prog-rock. Wszyscy byliśmy po konserwatorium, mieliśmy podobne upodobania, interesowała nas energia i złożoność tego stylu, tak w sensie rytmicznym, jak i harmonicznym. Nigdy nie żałowałem tego okresu, dużo to mi dało jako
przyszłemu dyrygentowi. Potem bardziej zacząłem interesować się muzyką średniowiecza i renesansu. Poznałem niezwykłego człowieka, który stał się moim guru. Feliks Rawdonikas – Litwin z pochodzenia – był dysydentem mieszkającym w Rosji. Występował przeciwko systemowi, ale tak naprawdę był lutnikiem, budowniczym instrumentów historycznych, a źródłem jego wiedzy o tych instrumentach był przede wszystkim Ermitaż. Słuchaliśmy dużo muzyki, bo właśnie wtedy, w latach 80., zaczęły pojawiać się nagrania zespołów grających na instrumentach historycznych w tradycji wykonawstwa autentycznego. Komentowaliśmy te nagrania, dochodziło do gorących sporów.

 

0.00 średnia ocena / 0 głosów