Krzysztof Penderecki

Krzysztof Penderecki 23 listopada ukończył 85 lat. Jego okrągłe urodziny obchodzone były na całym świecie, od Erywania przez Salzburg po Pekin. Uwieńczył je specjalny listopadowy Festiwal Krzysztofa Pendereckiego w Warszawie, organizowany co pięć lat przez kierowane przez Elżbietę Penderecką Stowarzyszenie im. Ludwiga van Beethovena.

 

Tekst: Dorota Szwarcman
Zdjęcia: Michał Zagórny

 

Ten rok znów był dla pana niezwykle intensywny. Na warszawskim festiwalu nie dyrygował pan, tak też było pięć lat temu – wówczas przyjaciele występują dla pana. Ale w ogóle chyba ostatnio mniej pan dyryguje?
Krzysztof Penderecki: Nie mam żadnych problemów z dyrygowaniem ani ze zdrowiem, ale nie chce mi się po prostu. Moja muzyka żyje już swoim życiem, jest taka, jaka jest, nie ma w niej stylistycznych problemów, które musiałbym tłumaczyć innym dyrygentom. Wszystko jest jasne. A ja wolę komponować. Jednak od czasu do czasu dyryguję, np. w październiku na tournée w Chinach.

Jak pana muzyka odbierana jest na Dalekim Wschodzie? Może być tam dość obca…
K.P.: A właśnie że nie! Chińska publiczność teraz już przypomina europejską. Przecież najczęściej europejską muzykę się tam gra, a chińską – tylko na jakichś specjalnych koncertach.

Są tam też kompozytorzy, którzy piszą muzykę współczesną, taką jak w Europie.
K.P.: Za jakiś czas wszystko będzie zglajszachtowane. Myślę, że za jakieś 50-100 lat nie będzie różnicy między Pekinem a Warszawą.

To dla niektórych dość przerażająca wizja…
K.P.: Na szczęście nie będziemy już wtedy żyć.
Elżbieta Penderecka: Chiny są niezwykłe, tak bardzo się zmieniły w ciągu ostatnich 15 lat. My jeździmy tam od 21 lat. I to ostatnie tournée było niesamowite, oni wybudowali tyle nowych sal…
K.P.: Wszędzie są. Duże, piękne, ze znakomitą akustyką.
E.P.: Wynajmują najlepszych architektów świata, a także akustyków, w tym dobrze nam znanego z nowej siedziby NOSPR-u Yasuhisę Toyotę. Publiczność zachowuje się dziś spokojnie, nie daje poznać po sobie, kiedy coś jej się nie podoba.
K.P.: Pamiętam, że kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy, to rozmawiali przez telefon, chodzili po sali, jedli kanapki. To było strasznie denerwujące. Ale już tego nie ma.

 

Odnoszą też wiele sukcesów na świecie, także muzycznych.
E.P.: I sprowadzają ze świata do Chin wszystko co najlepsze. Za ciężkie pieniądze. Od La Scali przez berlińskich do nowojorskich filharmoników – wszystkie najlepsze orkiestry.
Sale zawsze są pełne, niezależnie od programu, choć zwykle grywa się tam klasykę. A co do naszych koncertów, sukces II Koncertu skrzypcowego „Metamorfozy” Krzysztofa w wykonaniu Anne-Sophie Mutter i VII Symfonii Dvoráka był niewiarygodny. Po koncercie w National Centre for the Performing Arts w Pekinie przyszło 400 osób z okładkami płyt, książkami, przeróżnymi materiałami – po autograf.
K.P.: Przeszło dwie godziny musieliśmy z Anne-Sophie podpisywać. Ale nie mogłem się wycofać, nie wypadało. Widziałem też okładki płyt, o których nawet nie wiedziałem, że istnieją.

 

0.00 średnia ocena / 0 głosów

Podziel się swoją opinią

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
6 + 18 =